sobota, 3 maja 2014

Tradycyjne galisyjskie domy, portugalskie azulejos (płytki na fasadach domów) i ciekawe architektonicznie spichlerze

Zainspirowana architektonicznymi wpisami i zmotywowana przez Gosię z bloga http://www.rodzynkisultanskie.com/ postanowiłam w końcu napisać coś o tradycyjnych galisyjskich domach, które uwielbiam! i o domach z portugalskimi wpływami, które prześladowały moje oczy zawsze w drodze do centrum niewielkiego miasta Rianxo.



Galisyjskie domy tradycyjnie budowano z kamienia. Były to niskie budowle, jednopiętrowe z zagrodami dla zwierząt z przodu lub z tyłu, zadaszonymi dla ochrony przed słońcem lub deszczem.

tutaj: miejsce dla zwierząt, które obecnie służy do przechowywania różnych rzeczy i zaparkować auto też można. W głębi wejście do domu. Jak widać do budowy użyto pokaźnych kamieni. Dom ma pewnie 200-300 lat i trzyma się nieźle.



Domy mają grube mury. W środku - kamienne podłogi i ściany, kamienne piece. W jakiś sposób sprawiają ciepłe wrażenie, o wiele bardziej niż gładkie ściany i panele. Podczas upalnego lata sprawdzają się znakomicie, natomiast zimy, które są raczej wilgotne niż mroźne, sprawiają problemy. Przede wszystkim, ciężko je ogrzać. Ponadto, ta wilgoć wchodzi w mury i wchodzenie do łóżka, układanie się na zimnym, lekko wilgotnym prześcieradle nie jest przyjemne.  

 
Mimo tego, i tak kamienie okazują się najlepszym rozwiązaniem. Nowsze domy budowane tańszymi metodami - z cegły czy pustaków - okazują się nieprzystosowane do klimatu, szybciej się niszczą, pojawia się grzyb, w lecie jest za gorąco. 
 Inną opcją jest przebudowywanie starych domów lub dobudowywanie do nich nowszych części lub kondygnacji. 



Wzdłuż drogi ciągną się kamienne murki wysokie na metr lub półtora. Cieszę się niezmiernie, że nie miałam w Hiszpanii samochodu i nie musiałam wjeżdżać w te wąziutkie uliczki

tu mieści się tylko jedno auto i jeszcze trzeba uważać na lusterka.

Jeszcze jeden domek i kamienna kapliczka:


lub kamienny kościółek:

Ale to nie koniec architektonicznych perełek Galicii. Ciekawą formą architektoniczną są stare spichlerze przeznaczone do suszenia i przechowywania kukurydzy i innych zbóż. Mogą być kamienne lub drewniane (mniej popularne). Specjalne otwory pozwalają na swobodny dostęp powietrza a oparcie ich na kolumienkach chroni przed szkodnikami.





Spichlerze tak właśnie wyglądające mają długą tradycję sięgającą przynajmniej XIII wieku. Przypominają mi małe kapliczki i można je znaleźć w co drugim ogródku niewielkich miasteczek i wsi. 


W Galicji portugalskie wpływy jednak są bardzo odczuwalne. Dlatego też oprócz takich tradycyjnych zabudowań, gdzieniegdzie zobaczyć można oklejone płytkami fasady budynków.

 
 To mój prześladowca. Nazywałam go domkiem dla barbie. Niestety zdjęcie nie oddaje w 100% rzeczywistości. Naprawdę kolory są bardziej żywe, a kontrast większy.

Azulejos to cienkie ceramiczne płytki pokryte błyszczącym szkliwem. Szczególnie popularne są w Portugalii, gdzie powstawały z nich prawdziwe dzieła sztuki. 

 
To już Portugalia - wycieczka do Porto. Reszta zdjęć z azulejos również z tego miasta.

Istnieją dwie teorie dotyczące nazwy. Według zwolenników jednej azulejo pochodzi od arabskiego słowa oznaczającego gładki kamyk, według innych pochodzi od hiszpańskiego i portugalskiego słowa azul, czyli "niebieski". To ostatnie wydaje się całkiem rozsądne, bo tradycyjnie azulejos były przeważnie w tym kolorze. 


Istnieje wiele różnych podziałów azulejos w zależności od tematyki, motywów i rodzajów zdobienia. Mogą przedstawiać alegoryczne sceny, postaci, motywy roślinne lub zwierzęce, szachownicę, wzory podobne do tych na dywanach. Może być tak, że na jednej płytce jest jeden kwiat, gałązka, liść albo kilka płytek składa się w jeden większy obrazek.

Tu tylko kilka z wielu wzorów na kamienicach. Widać, że Portugalczykom nie brakuje fantazji. Jeden wzór na cały dom to nuda, czasami zdarzały się budynki z trzema różnymi wzorami w kilku różnych kolorach, nie zawsze do siebie pasujących, ale kto by się tym przejmował.





Zdjęcia albo moje albo Google Street View. Google Street View jest świetne, do chodzenia po ulicach miast i przypominania sobie miejsc, w których się było. Zrobiłam sobie wirtualny spacer z domu, w którym mieszkałam na plażę, przypomniałam sobie niektóre miejsca w Porto, które widziałam. Całkiem dobra rozrywka, szczególnie w taki zimny i pochmurny dzień jak dziś.

piątek, 25 kwietnia 2014

Przepis na mole (meksykański sos palce lizać, a nie sposób na pozbycie się moli z domu;))

Mieliśmy na dzisiejszy obiad już gotowe usmażone kawałki kurczaka, kuskus, który się robi w trzy minuty, więc w sumie nie musiałam prawie nic robić poza sosami do maczania mięsa. No, ale pomyślałam, że sos jogurtowy jest banalny, tak samo jak pomidorowy w stylu włoskim (ich przygotowanie zajęło mi mniej niż 10 min.bez smażenia oczywiście), więc spontanicznie zdecydowałam się na przygotowanie mole.


Mole to meksykański sos, który składa się z ponad sześćdziesięciu składników, w tym kilku rodzajów ostrych papryczek, które w Polsce raczej trudno dostać, i którego tradycyjna produkcja trwa przynajmniej pół dnia. Podaje się go najczęściej z kurczakiem lub pieczywem, ale mięso jest raczej dodatkiem, gdy sos jest tak sycący. W jego skład oprócz warzyw wchodzą kawałki chleba, tortille, banany, specjalne masy cukrowe. Wszystko zależy od przepisu. Może być czerwony, zielony, czarny, żółty, z czekoladą, a nawet z grzybem głownia kukurydzy, który był już przysmakiem Azteków.






Oto wspomniany grzyb. Nie wygląda zbyt apetycznie, ale cóż nie wygląd lecz smak się liczy. źródło

Nie ma się jednak czego obawiać. Nie przygotowałam tego ostatniego mole, lecz czekoladowe. I nie z 60 składników, tylko z tego, co miałam w domu, korzystając z różnych przepisów z meksykańskich stron. Efekt był na tyle powalający, że już planuję zrobić je jeszcze raz (i jeszcze raz, i jeszcze raz) tylko już z uprzednim planowaniem, zakupiwszy więcej interesujących składników i dążąc do oryginału.


Mole poblado (czekoladowe)

Składniki

( proste składniki, które zawsze można spotkać w domu i jak zwykle na oko)


 krok pierwszy:

oliwa do smażenia
1 cebula
4 ząbki czosnku
2 łyżeczki cynamonu
1 ostra papryka z pestkami, w domu akurat była węgierska, ale jaki gatunek - nie mam pojęcia
pół łyżeczki pieprzu cayenne albo chili
pół łyżeczki gałki muszkatołowej 
szklanka rosołu

krok drugi:
goździki (ok 10)
ziarna kolendry (3 łyżeczki)
sezam (4 łyżki nie wiem, ile kto lubi, ja daję na oko)

i tu można dodać (ja akurat w domu nie miałam, a wielka szkoda) :
posiekane migdały
posiekane orzechy arachidowe

krok trzeci:

oliwa do smażenia
pomidor lub dwa

krok czwarty

czekolada gorzka najlepiej 70%
(ja miałam akurat czekoladę mleczną o smaku brownie, ale co zrobić, jak gotuje się spontanicznie... I tak było dobrze;)
ewentualnie odrobina wody, gdy sos jest za gęsty lub do podgrzewania


Wykonanie


1:

Rozgrzewamy lekko oliwę na patelni, wrzucamy na nią przyprawy w proszku. Kiedy olej zacznie wrzeć dodajemy pokrojone na drobne kawałeczki:
cebulę, czosnek, ostrą paprykę i smażymy aż się zeszklą.
Wtedy dodajemy rosół i jeszcze chwilkę trzymamy wszystko na wolnym ogniu, po czym zdejmujemy patelnię z kuchenki.

jak widać, nie kroiłam na zbyt drobne kawałki, ale to lepiej gdy faktura sosu nie jest zbyt jednolita

 2:

W moździerzu ucieramy goździki i kolendrę. Ja jeszcze utarłam część sezamu (bo mąż nie lubi, a utartego nawet nie wyczuł;))
Migdały i orzeszki kroimy.
Wszystko wrzucamy na suchą patelnię i prażymy na złoty kolor. W wersji oryginalnej każdy produkt prażymy osobno i odkładamy. Ale dlaczego?






3:

Kroimy pomidora/y na małe kawałeczki i na rozgrzanej oliwie smażymy przez kilka minut, aż zmiękną.

Następnie przekładamy utarte przyprawy i sos pomidorowy na patelnię, w której znajduje się cebula z bulionem.





4:

Łamiemy tabliczkę czekolady na kawałki. Dodajemy ją do gotujących się na bardzo wolnym ogniu pozostałych składników. Czekamy aż się rozpuści. Jeśli sos byłby za gęsty można dodać troszkę wody, ale nie za dużo.

 
gdybym miała czekoladę z większą zawartością kakao, sos byłby ciemniejszy


Krok piąty: Konsumpcja 

Naprawdę niebo w gębie! Nie można się tym zasłodzić jak zwykłą polewą czekoladową. Smak jest pełny, bogaty i złożony i ciężko go porównać do czegokolwiek, co kiedykolwiek jadłam. Wszyscy domownicy nie mogli przestać go chwalić.  Czuję, że mogłabym go jeść tonami!

Dzisiaj jedliśmy mole w dziwny sposób, wielokulturowy, niemniej jednak bardzo smaczny i prezentował się wspaniale:

 
Mole w lewym górnym rogu





Jeśli natknę się na jakiś obszerniejszy przepis, z co najmniej 30 składnikami i wpadnę na szalony pomysł, żeby je zrobić, to z pewnością umieszczę przepis i zdjęcia na blogu









wtorek, 22 kwietnia 2014

Hiszpańskie słowa, które już znasz

Im więcej uczę się języków, tym łatwiej jest domyślać się co oznacza dane słowo i to nawet niekoniecznie przez podobieństwo jakie istnieje między językami romańskimi, a przez istnienie wielu wyrazów lub zasad gramatyki, które przeniosły się z łaciny do np., języka angielskiego.
Ostatnio zakochałam się w darmowej aplikacji do nauki języków http://duolingo.com/ . Wystarczy znać angielski by uczyć się francuskiego, hiszpańskiego, włoskiego, niemieckiego, portugalskiego czy rosyjskiego. To doskonałe narzędzie także do przypomnienia sobie języka, którego nie używało się od lat. Oczywiście - ma swoje wady. Nie zawsze tłumaczenie w jedną lub drugą stronę wydaje się naturalne, czasami nie wszystkie możliwe odpowiedzi są uwzględniane, ale z drugiej strony ma to formę zabawy/testu i, co najbardziej mi odpowiada; nie uczysz się wkuwając jakieś słówka lecz bardziej przez analogię i powtarzanie.


Dzisiaj chciałam wam przedstawić hiszpańskie słowa, które mogą wydać się znajome - mogą tak samo brzmieć lecz oznaczać co innego. Niektóre z nich podaję Hiszpanom, kiedy chcą poznać jakieś polskie słówka, a nie potrafią wypowiedzieć tak prostego powitania jak "cześć" (swoją drogą to bardzo zabawne słuchać, jak próbują).

Mała podpowiedź : we wszystkich podanych wyrazach "c" czytamy jak "k"

parasol - to po hiszpańsku parasol ale chroniący przed słońcem, a więc będzie to oznaczało wszelkiego rodzaju parasole ogrodowe czy plażowe. Parasol chroniący nas przed deszczem to po hiszpańsku paraguas. "para sol" oznacza "na słońce" a "para aguas" na wody. Co prawda słówko przyszło do nas raczej z Francji niż z Hiszpanii, w każdym razie po polsku i hiszpańsku brzmi tak samo i prawie to samo znaczy.


osa - to też zwierzę lecz nieco większych rozmiarów. Po hiszpańsku "osa" to niedźwiedzica, a "oso" to niedźwiedź płci męskiej.

curva - oznacza zakręt. I tak, wymawia się [kurwa], no może "v" czyta się bardziej jako coś pomiędzy "b" a "w", ale jeśli przeczyta się je jako "w", też zostanie się zrozumianym.

no - czyli nie

tu - twoja, twój. Tú z akcentem nad u oznacza "ty".

casa - wymawiamy [kasa], a myślimy o domu. Mi casa es tu casa - mój dom jest twoim domem.

ruta - trasa, szlak, ścieżka. Pamiętam jak na filologii hiszpańskiej kiedyś mieliśmy za zadanie streścić czytankę na temat trasy Don Kichota i nawet specjalnie na dwa kolejne zajęcia nie wybrałyśmy się z koleżankami, byleby tylko tej "ruty" nie streszczać, a i tak nas dopadła.  
Przy okazji, nie mam pojęcia, czemu w Polsce się mówi don Kiszot (może z francuskiego, choć ręki nie dałabym sobie za to uciąć) jak to hiszpańskie dzieło o wadze "Pana Tadeusza" w Hiszpanii, ale także cieszące się ogromnym uznaniem na świecie, czego o polskiej epopei narodowej nie można powiedzieć. Powinno być tłumaczone z oryginału. Don Quijote należy wymawiać Don Kichote.

balón - to nie balon, tylko piłka. Akcentuje się ostatnią sylabę. Natomiast balon po hiszpańsku zwie się globo, również niezbyt skomplikowanie.

źródło A tu mała reklama à propos balonów. W Krośnie co roku w długi weekend majowy odbywają się zawody balonowe, w których startuje około 50 balonów. Jeśli pogoda dopisuje, piękny widok kilkunastu balonów unoszących się na niebie lub lądujących na łące w pobliżu twojego domu, motywuje do wczesnego wstawania. Program balonów w Krośnie tu: http://www.krosno24.pl/kultura.php3?id=7476


mata - 3 osoba liczby pojedynczej, czasownik zabijać, czyli "zabija". A tu piosenka o "tej miłości, która mnie zabija" https://www.youtube.com/watch?v=09Du2lcIcPE

fotografía, geografía, cosmología, teología, biología - znaczą to samo, co po polsku, różnią się nieco wymową. Akcentowane "i" wymawia się jako długie albo nawet jako "ij" czyli: fotografija, a "g" między samogłoskami jako "h", a więc: biolohija 

carta - to po hiszpańsku list, ale też i karta jako karta do gry lub karta menu. Kartka natomiast to po hiszpańsku tarjeta albo hoja.

acacia - ha, tu bez niespodzianki "akacja"

profesor - nauczyciel, profesor

doctor - jak w Polsce, zarówno doktor na uniwersytecie, jak i w przychodni. Inne określenie na lekarza to médico
 
baba - jakoś mi się z lekarzem skojarzyła. Po hiszpańsku oznacza ślinę

batería - to po hiszpańsku bateria, akumulator, bateria słoneczna i perkusja.

cava - hiszpańskie wino musujące. Kawa po hiszpańsku to café

 

era - era i epoka
 
fobia - fobia i niechęć
 
foca - foka
 
fama - sława, reputacja
 
gas - gaz
 
rana - żaba, a co ciekawe jedno z określeń nurka to hombre-rana, czyli człowiek żaba
 
rama - gałąź
 
gol - oczywiście gol. Uwielbiam oglądać transmisję z meczów po hiszpańsku. Po strzelonym golu, nie krzyczą tak jak w Polsce po prostu goool, tylko albo : gol, gol, gol, gol, gol i tak jeszcze kilka razy albo golazo, co oznacza wspaniały gol, zgrubienie od zwykłego gola
 
 
 
cosa - oznacza rzecz
 
lata - puszka, blacha
 
moda - znaczy to samo, co po polsku

mesa - to nie pomieszczenie, w którym się je lecz stół

mina - kopalnia

luz - światło

redactor - jak po polsku

lector - to czytelnik

ser - być 



Na pewno jest więcej wyrazów hiszpańskich, które brzmią jakby były polskie, ale na razie tylko te mi przyszły do głowy. Innym razem zamierzam zrobić listę hiszpańskich wyrazów podobnych do polskich, jak na przykład simpático - sympatyczny oraz listę wyrazów hiszpańskich podobnych lub identycznych z angielskimi, na przykład hospital

W gruncie rzeczy, to całkiem prosty język;)



 


wtorek, 8 kwietnia 2014

Atrakcje zachodniego wybrzeża Galicii

 Rías

W Galicii spotkałam się ze specyficzną uformowaniem wybrzeża, zwanym ría. Nazwa oczywiście związana jest z hiszpańskim słowem, oznaczającym rzekę. Rías powstały na skutek podniesienia się poziomu morza (w tym przypadku oceanu) i zalania przez nie dolin rzek. Występują przede wszystkim na zachodnim wybrzeżu Hiszpanii, Portugalii, Anglii, Meksyku, Argentynie i Australii. W samej Galicii dzielą się na Rías Baixas (leżące na zachodzie; z tymi miałam najwięcej do czynienia) i Rías Altas (znajdują się na północy).



Ja oczywiście nazywałam to morzem. Plaże są, fale są, woda słona mieszana ze słodką. I muszelki, w tym muszle św. Jakuba, o których jeszcze napiszę. Czego chcieć więcej? Galisyjczycy za każdym razem mnie poprawiali, ale nie przejmowałam się tym za bardzo. Cieszyłam się spacerami wzdłuż brzegu "morza", o ile oczywiście pozwalała na to pogoda.


Uprawa małż. Bateas

Z tych, które widać na mapie, poznałam Ría  Arosa, Pontevedra, Muros i Vigo. Rías są doskonałym miejscem do hodowania małży (przede wszystkim, ale także ostryg i niektórych gatunków ryb). Służą do tego bateas, czyli unoszące się na wodzie drewniane struktury, gdzie do lin znajdujących się już pod wodą przyczepia się jajeczka, które później zbiera się po przeobrażeniu i osiągnięciu dojrzałości. Hodowle małż mają ogromne wpływ na sytuację ekonomiczną Galicji.

 Bateas najlepiej oglądać z góry, na przykład A Curota, w pobliżu miejscowości
A Pobra do Caramiñal. Góra to może nazwa na wyrost, gdyż szczyty w łańcuchu Barbanza mają wysokość między 300 a 500 m n.p.m., ale za to wznoszą się od samego poziomu morza, dlatego różnica wysokości jest zauważalna. Widziane z wysokości zawsze przypominały mi obcą flotę atakującą wybrzeże, zupełnie jak obrazek, np., z drugiej części 300. 

Bateas znajdują się po lewej stronie zdjęcia na morzu. To te maleńkie punkciki ułożone w rządki.

Koniec ziemi

Jeśli chcieliby się znaleźć w miejscu, które kiedyś Rzymianie uważali za wysunięte najbardziej na zachód znanego świata, stąd ta piękna nazwa Finisterre, to trzeba wybrać się na teren Ría de Corcubión. Rzymianie niestety się mylili, gdyż najdalej wysuniętym na zachód przylądkiem Europy jest Cabo da Roca w Portugalii. Mimo tego, to miejsce warte odwiedzenia. Można zobaczyć także latarnię morską wybudowaną w 1853 roku.  Przylądek został wpisany na listę Dziedzictwa europejskiego. 

 

Latarnia samobójców

 Światła tej latarni, zobaczyć można na przylądku Corrubedo, gdzie stoi inna latarnia, wybudowana w tym samym roku, co ta z Finisterre. Wieża wznosi się na wysokość 9,6 m. Latarnia miewała różne imiona. Kiedy pewnego razu jej światła rozbłysły na czerwono, nazwano ją Komunistyczną. A obecnie, nieoficjalnie, nazywa się ją latarnią samobójców. Prowadzi do niej prosty jak drut, dwukilometrowy odcinek drogi, na którym się można dobrze rozpędzić i walnąć samochodem w ścianę. Wystarczyło, że jedna osoba tak zrobiła, a miejsce stało się "modne" dla chcących zakończyć swój marny żywot. Cóż, jak umierać, to z fantazją. 
Pomijając już złą sławę latarni, sam przylądek może okazać się interesujący z wielu różnych względów. Przede wszystkim, znajduje się tam największa ruchoma wydma Galicii. 
Ponadto w pobliżu latarni łowi się jakieś owoce morza (zabijcie mnie, słyszałam nazwę ale ani po polsku, ani po hiszpańsku nic mi to nie mówi, nie jestem ekspertem od tego typu zwierząt/dań), które w okresie bożonarodzeniowym osiągają astronomiczne sumy. Za jedno stworzenie w restauracji trzeba zapłacić ok. 1000 euro. Dlaczego tak drogo? Wtedy ocean jest najbardziej wzburzony i połów tych owoców morza jest bardzo niebezpieczny. Ludzie wchodzą do wody i przywiązują się do wystających z niej skał linami. Oczywiście połów w pojedynkę nie jest możliwy. Trzeba całej ekipy nie bojących się ryzyka poszukiwaczy. W lecie cena żyjątek, wraz z agresywnością oceanu, spada i zwykli zjadacze chleba także mogą spróbować tego specjału. 

tu dobrze widać, jak biegnie droga źródło

 

poniedziałek, 31 marca 2014

Coś dla miłośników powieści fantasy, horrorów, SF i gier

czyli nowo otwarta księgarnia w Barcelonie. Obiekt, w którym zakochałam się od pierwszego przeczytanego o nim artykułu, od pierwszego obejrzanego zdjęcia.

Nie wiem, czy też tak macie, ale kiedy zwiedzam miasta, zarówno w Polsce jak i za granicą, uwielbiam wchodzić do księgarni, Tanich Książek i antykwariatów. Nigdy nie wiadomo, jakie można tam znaleźć. I w jakich cenach. W Galicii wyszperałam tyle interesujących pozycji, że bałam się, że połowę z nich będę zmuszona przesłać pocztą, co okazałoby się drogie i całkiem nieopłacalne. Jednak jakoś udało mi się tego uniknąć. Żałuję za to, że z powodu strachu o przekroczenie wagi walizki, nie kupiłam jednej z mojej ukochanych książek "Gry w klasy" Cortazara w oryginale, oczywiście. Kosztowała ok 10 euro, więc jakiś straszny wydatek to nie był.

Moje galisyjskie zdobycze, ale to jeszcze nie wszystkie, bo kilka książek dostałam od znajomych. Więc o wagę, mogłam się obawiać.

GIGAMESH

Nie, to nie jest literówka, chociaż jeśli ktoś ma skojarzenia z bohaterem sumeryjskiej epopei, to się nie myli.

Wracając do Barcelony, 28 marca została otworzona największa w Europie księgarnia, zajmująca powierzchnię 500 m². Powstała z połączenia dwóch istniejących wcześniej sklepów o tej samej nazwie i przeniesienia ich w nowe miejsce. W jednym z nich można było znaleźć gry planszowe i RPG - takie, w których gracze wcielają się w wybrane przez siebie postaci, a w drugim książki należące do gatunku fantastyki - w szerokim rozumieniu, oczywiście. Czyli czasopisma, magazyny, powieści fantasy, SF, horrory, i różne mieszaniny tych gatunków. Teraz to wszystko można oglądać, podziwiać i dokonywać zakupu w jednym budynku, na ulicy Bailén 8, niecały kilometr od Muzeum Picassa.



Gigamesh to miejsce, w którym o klienta współzawodniczyć będą zarówno wielkie koncerny wydawnicze, jak i zupełnie małe, prywatne wydawnictwa. Jeśli nie znasz hiszpańskiego - nic straconego. Księgarnia posiada ogromne zbiory powieści, komiksów czy gier w języku angielskim. Można będzie kupić nowe książki, ale także egzemplarze kolekcjonerskie i książki "z drugiej ręki" jak w antykwariacie.




Gigamesh nie chce jednak występować jedynie jako sprzedawca. Chce pobudzać społeczeństwo do działania i tworzyć wydarzenia skierowane do miłośników fantastyki. Dlatego jedna z sal, została przeznaczona do prezentacji książek i autorów, spotkań literackich. W tej sali będzie można również grać w gry RPG lub inne planszowe.


Ponadto Gigamesh to także wydawnictwo, (które jednak mieści się gdzie indziej, choć też w Barcelonie), najbardziej znane z tego, że to właśnie ono wydaje książki z serii "Pieśń Lodu i Ognia" George'a R.R. Martina. Z tego też powodu, autor bywał tam i podpisywał książki. A' propos już nie mogę się doczekać kolejnej części serialu "Gra o Tron" ;)


Czekam, aż słońce wzejdzie na zachodzie i zajdzie na wschodzie... źródło

Otwarcie księgarni rozpoczęło się sesją makijażu, podczas której wykonano skomplikowaną charakteryzację na Innego, czy też Białego Wędrowca znanego właśnie z "Gry o Tron". Później odbyło się spotkanie z ilustratorami. Przez dwie godziny wieczorem oraz następnego dnia (29. 03) można było zdobyć autografy znanych hiszpańskich pisarzy i ilustratorów. Trafiło się także kilkoro zagranicznych, jak choćby Lisa Tuttle, która wraz z George'm Martinem napisała książkę SF "Windhaven". Na zakończenie pięcioro twórców gier i pisarzy zagrało w RPG, które mogli obserwować wszyscy chętni.


I jeszcze więcej zdjęć z otwarcia księgarni z ich konta na FB. Pozwolono mi ich używać do woli ;)




Ciekawe, czy w Polsce taka księgarnia by się utrzymała?

poniedziałek, 24 marca 2014

Przysmaki kuchni galisyjskiej

Poznawanie danego kraju poprzez poznawanie tradycyjnych potraw, smaków charakterystycznych dla jakiegoś regionu, obserwowanie zwyczajów przy stole - jest tak samo ważne jak zwiedzanie zabytków, a nawet czasami może okazać się ważniejsze, a już na pewno dopełni obraz, jaki tworzymy sobie w głowie poznając nowe miejsce i jego mieszkańców.
Ja uwielbiam jedzenie, do tego dobre wino i przyjazną, pełną luzu atmosferę. Tego akurat w Hiszpanii nie brakuje! W dodatku nie mam oporów przed próbowaniem czegokolwiek. Tu akurat prym wiodą owoce morza, które zachwyciły mnie jedynie na pizzy oraz mejillones (czyli omułki) w oliwie i ostrym sosie, które można kupić w każdym supermarkecie, i które postanowiłam nawet przywieźć do domu.

A to przysmaki na murze nad wodą.

Menu dnia

W Hiszpanii można zjeść dużo, dobrze i niedrogo. Jeśli chodzi o Galicję, to nawet w miejscu przypominającym nasz Kraków, duchowym i kulturowym centrum regionu - można wstąpić na kawę za 1-2 euro, a obiad za niewiele więcej. Najlepszą opcją jest poszukanie jakiejś karczmy/jadłodajni/restauracji z interesującym nas menu. Każde miejsce, serwujące posiłki, zobowiązane jest do posiadania Menu del día czyli menu dnia. 



W skład tego menu wchodzą zazwyczaj: pierwsze danie (może to być zupa, ale również empanada czy sałatka), drugie danie (tu już do wyboru zazwyczaj kawałek mięsa albo ryby z ziemniakami i zieleniną), chleb (obowiązkowy w kuchni hiszpańskiej do każdego dania, oprócz deseru. Można nim wyczyścić talerz po jedzeniu, doskonale zapycha w oczekiwaniu na kolejne dania.), napoje (tu można wybrać między wodą, a winem, czyli zdecydowanie najlepszą opcją. Na dwie osoby przynoszono nam zazwyczaj butelkę stołowego, regionalnego lub domowego wina), oraz kawę albo deser. Przy pierwszym i drugim daniu można wybierać z kilku podanych opcji. I za to wszystko płaciłam zazwyczaj 7 lub 8 euro. Pokażcie mi teraz polską restaurację w której zjem dwudaniowy obiad z deserem i dwiema lampkami wina za 30 zł ;)
Zazwyczaj siedzieliśmy w restauracji ok. dwóch godzin. Pierwszą przeznaczaliśmy na konsumpcję, a drugą na odpoczynek (bo nie mogliśmy się ruszyć!) i spokojne sączenie drugiej lampki wina.

Jednak trzeba pamiętać, że od 14.00 do 17.00 nie znajdziemy żadnej otwartej restauracji, bo to pora sjesty i lokale są zamykane. Ten czas najlepiej poświęcić na spacery uliczkami miasta, wizytę w parku lub zwiedzanie kościołów czy katedr. 

Dania kuchni galisyjskiej :

Zacznę może od empanady. Empanada tp bardzo galisyjskie danie, przypominające nieco pizzę, zwłaszcza, jeśli chodzi o ciasto, choć o wiele bardziej dietetyczną, bo bez sera.  Podobno była już znana w VII wieku naszej ery. Nadzienie empanady przykrywane jest wierzchnią warstwą ciasta. Podstawę farszu stanowi cebula z przyprawami smażona na oliwie oraz papryka. Do tego dochodzą tradycyjne galisyjskie produkty, a więc może to być empanada z ośmiornicą, z omułkami, tuńczykiem, sardynkami, a dla tych nie lubiących zimnokrwistych stworzeń - empanada z wieprzowiną, chorizo albo z mięsem z królika. Nadzienie wegetariańskie także da się stworzyć. Jest równie smaczna na zimno, jak i na gorąco. Kolejna przewaga nad pizzą ;) Oprócz zwyczajnych obiadów, podaje się ją także podczas świąt. Jest to świetne danie i jadłam je wiele razy w Hiszpanii, a także w Polsce, gdyż mojej mamie bardzo się spodobało i nauczyła się je robić. Równie dobrze jak Hiszpanie.


Pulpo - czyli ośmiornice. W Galicji pulperías można spotkać w każdym większym mieście. To restauracje, w których można spróbować ciekawych przysmaków ze świeżych ośmiornic. Są jednak o wiele droższe od zwykłych restauracji. Obiady mogą tam kosztować i 50 euro. Samą ośmiornicę jadłam ugotowaną przez znajomą Hiszpankę i nie była zła, choć najbardziej z całego dania smakował mi sos z oliwy i papryki, a chyba nie o to chodziło. Smakowała raczej mdło i nieco gumowo. Ale, co kto lubi. 


  
 
Jakbym miała wytłumaczyć co to jest cocido gallego, określiłabym to jako zupę wszystko. To potrawa, którą jedliśmy bodajże w stolicy Galicji podczas zimnego i wietrznego dnia i nie dość, że doskonale nas ogrzała, to jeszcze okazała się wyśmienita. Wzięliśmy ją na pierwsze danie, ale szczerze powiedziawszy, drugie i deser nie byłyby potrzebne. W skład tej zupy wchodzą różne rodzaje mięsa: cielęcina, wieprzowina, kurczak, hiszpańskie kiełbaski chorizo, warzywa, np. kapusta, pietruszka oraz warzywa strączkowe: fasola, ciecierzyca, a także takie dodatki jak gotowane jajka. Za jego powstaniem stoi najprawdopodobniej zaradność gospodyń, które nie chcąc marnować jedzenia, wrzucały resztki do jednego garnka. 
Byłam już trochę zmęczona zwiedzaniem, jednak każda łyżka tej zupy przywracała mnie do życia. I naprawdę nie mogłam powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu pełnego satysfakcji. Szczerzyliśmy się do siebie jak idioci nad talerzami cocido gallego, co powinno chyba wystarczyć za całą recenzję tego wyśmienitego dania.

No tak, może niesłusznie nazywam to zupą, bo płynu w tym daniu jest raczej niewiele. Za to mnóstwo dodatków. źródło

Jako, że mieszkaliśmy w domu wypełnionym wegetarianami, staraliśmy się dostosować do ich diety i gotując w domu przyrządzaliśmy wegetariańskie potrawy. Braki w mięsie uzupełnialiśmy podczas zwiedzania miast. Jednak ojciec jednego z naszych gospodarzy miał Churrascaríę czyli restaurację w której serwuje się churrasco, czyli różne rodzaje mięsa pieczone na grillu. Tradycja churrasco przybyła do Galicii wraz z napływem imigrantów z Argentyny. Żeby było jeszcze piękniej, jako przyjaciele rodziny, mieliśmy płacić jedynie za napoje, a mięso dostawaliśmy gratis. Siedzieliśmy w gronie rodziny znajomego: kuzynek, cioć, wujków, którzy byli tak głośni i sympatyczni, a zarazem nie przejmujący się drobiazgami i mający pozytywne podejście do jedzenia, że poczułam się jak w domu (też mam dużą, głośną i otwartą rodzinę). Konsumowaliśmy głównie żeberka, palce lizać, oraz ziarna słonecznika, takie do łuskania, na których punkcie Hiszpanie mają jakiegoś bzika. Bardzo się zdziwili, gdy powiedziałam im, że w Polsce niełuskane ziarna też można kupić, a my mamy przy domu nawet posadzone słoneczniki i nie służą one wyłącznie do ozdoby. Zapunktowałam, gdy zaczęłam wycierać chlebem deskę, na której przynoszono żeberka, żeby wybrać przepyszny tłuszcz. 


Jeśli chodzi o desery, to najbardziej znana jest Tarta de Santiago, aczkolwiek do szczególnie tanich nie należy. Jadłam ją raz, w Santiago de Compostela, w ekonomicznej jak zwykle cenie, bo jakimś cudem trafiłam do restauracji, w której można ją było wybrać na deser w menu dnia. To pyszne, lekkie ciasto, posypane cukrem pudrem, którego głównymi składnikami są migdały, jajka, cukier i masło. Smaku dodaje także cynamon i starta skórka z cytryny. Tarta nie zawiera za to mąki. Wierzch zdobi krzyż świętego Jana.


 Napoje

Jeśli chodzi o napoje do posiłku, to najlepsze będą lokalne wina. I tu dobrze jest popytać mieszkańców danego regionu, co polecają, bo jednak przeciętnie znają się na tym alkoholu lepiej niż Polacy, a nawet mogą się obrazić. Nasi gospodarze w żartach twierdzili, że zagraliśmy niepatriotycznie przynosząc im do domu hiszpańskie, a nie galisyjskie wino. Trzeba pamiętać o dużej odrębności regionów autonomicznych w Hiszpanii. 
Można kupić też piwo, ale cenowo i objętościowo wychodzi gorzej od wina (jeszcze zależy jaki gatunek). Najpopularniejszym piwem jest Estrella Galicia, przypominająca trochę nasze pilsy.


 A dla tych co wolą słodsze trunki - galisyjski likier kawowy.


To  w dużym skrócie o kuchni galisyjskiej, niedługo napiszę także post o szeroko pojętej kuchni hiszpańskiej. Chociaż co region, to inne dania królują na stołach.


Teraz żałuję, że nie robiłam na miejscu zdjęć potrawom, którymi się raczyłam, ale nie chciałam wyjść na hipstera ;)

sobota, 15 marca 2014

Castro de Baroña - pozostałości po Celtach w Hiszpanii

Od dzieciństwa fascynowała mnie Irlandia - szmaragdowa wyspa, magia, jakaś pierwotna dzikość. Jeszcze nie udało mi się jej odwiedzić, ale w Hiszpanii dwa razy poczułam jej ducha. Możliwe, że przyczyniła się do tego poniekąd była pora roku, w której przebywałam na Półwyspie Iberyjskim, czyli późna jesień i chłodna, miejscami deszczowa aura.
Pokrewieństwo między tymi państwami istnieje i to nawet wyraźne, gdy się przyjrzeć uważniej. Celtowie przybyli na Półwysep Iberyjski jeszcze przed Grekami. Na miejscu zastali Iberów. Ale czy przybycie było wynikiem jakiegoś aliansu, paktu, czy był to zwykły najazd - nie wiadomo. Następnie Celtowie trochę zasymilowali się z Iberami, szczególnie jeśli chodzi o technologię czy kulturę. Nie znaczy to, że byli jednak jakimś zjednoczonym ludem. Byli podzieleni na dziesiątki różnych plemion. Celtoiberowie zamieszkiwali Półwysep Iberyjski od XIII w. p.n.e do II w. p.n.e - czyli do czasu dominacji Rzymian w Hiszpanii.


Celtyckie wpływy obecne są w kulturze (tutaj przykładem może być Międzynarodowy Festiwal Muzyki Celtyckiej, podczas którego oprócz wzięcia udziału w koncertach znanych zespołów, można spróbować swoich sił podczas warsztatów tanecznych czy rzemiosła),  mitologii, w nazwach miejscowości i w niektórych galisyjskich słowach, a przede wszystkim  w pozostałościach zabudowań. Taka warowna osada nazywa się Castro.

W Hiszpanii jest ich wiele, najwięcej w prowincji La Coruña. Niektóre zachowały się w całkiem niezłym stanie, inne ujrzały na nowo światło dzienne dzięki staraniom archeologów i dotacjom pozwalającym na rekonstrukcję tych wspaniałych zabytków z epoki żelaza. 

Na zdjęciu Castro de Borneiro


A mi udało się odwiedzić Castro de Baroña - jedną z najpiękniejszych pozostałości celtyckich fortyfikacji, szczególnie ze względu na położenie. I dzięki dobremu planowaniu mojego znajomego, dotarliśmy tam, w chwili, gdy słońce wisiało już nisko nad oceanem, rzucając na skały i kamienne ruiny magiczny pomarańczowo-złoty blask.



Zaczyna się tak: wychodzisz z lasu na plażę, która przechodzi miejscami we wrzosowisko i idziesz nią, aż w końcu zwężenie tego małego półwyspu, otworzy się na skaliste wzniesienie, na którym Celtowie postanowili zbudować swoją osadę. To wszystko obmywa ocean. Dla mnie, mieszkanki południowo-wschodniej Polski - morze (nawet Bałtyckie) to już jest coś. A co dopiero ocean.


Dla Hiszpanów pochmurny listopadowy dzień ze średnią temperaturą w wysokości jakiś 17 stopni i dość mocnym wiatrem nie zachęca do wychodzenia z domu. Dlatego w Castro de Baroña byliśmy tylko we dwójkę. I aż nie chciało mi się rozmawiać, żeby nie zepsuć nastroju tego miejsca i tej chwili; ogromu oceanu, zachodzącego słońca i tego nieziemskiego celtyckiego klimatu.


Jeśli chodzi o obronność, Castro de Baroña, było jednym z najlepiej usytuowanych castros z całej Hiszpanii. Z trzech stron otaczała je woda a do osady prowadził tylko wąski przesmyk, którego z powodzeniem mogła bronić garstka ludzi. Atak z oceanu także nie wchodził w grę, bo pomijając już silnie uderzające w brzeg fale, osada nie miała ani skrawka plaży na której wrogowie (w tym wypadku najczęściej Rzymianie) mogli by wylądować. Z wody wystawały jedynie wysokie i śliskie skały (więc nici z wspinaczki). Ponadto castro otaczał w najłatwiej dostępnych miejscach potrójny mur.


Te kamienne okręgi to pozostałości po domach, w których mieszkali Celtowie. We wszystkich castros domy były budowane na planie koła. Co ciekawe, jak wynika z badań archeologicznych przy użyciu współczesnych metod, owe domy nie miały okien, ani nawet drzwi wejściowych, przynajmniej takich, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Przypuszcza się, że do budynku wchodziło się przez otwór w dachu. Wnętrze mogło być nieco klaustrofobiczne, bo nie dość, że na niewielkiej przestrzeni gnieździła się całkiem liczna, prawdopodobnie wielopokoleniowa rodzina, to jeszcze ciemne i zadymione, bo palenisko musiało być w każdym domu. Dobrze, że chociaż zwierząt nie trzymali wewnątrz lecz pozwalali im paść się wolno na pobliskich łąkach.


Mieszkańcy tego castro byli prawie, że całkowicie samowystarczalni. Żywili się przede wszystkim rybami i owocami morza. Hodowali kozy i owce. Jedynym problemem mogło być zdobycie wody pitnej, po którą trzeba się było udać poza osadę.


Okolica Castro de  Baroña także przedstawia się atrakcyjnie. W pobliżu zabytkowej osady znajduje się piękna plaża, która odgrywała bardzo dużą rolę w filmie "Mar adentro", po polsku "W stronę morza" z Javierem Bardemem

Wszystkie zdjęcia autorstwa Xabiera Vazqueza.