czwartek, 6 lutego 2014

Słowo o przemocy

Czyli dalej jesteśmy w Wenezueli. Mam tam nawet zaproszenie, ale skorzystam z niego chyba dopiero, gdy będę miała z 80 lat i nic do stracenia.

W Wenezueli jest po protu niebezpiecznie. Na każdym kroku zdarzają się morderstwa, porwania w celu wyłudzenia okupu, rozboje i kradzieże. O poczuciu bezpieczeństwa nie ma nawet mowy. Dobrze, jeśli człowiek zna miasto, w którym mieszka, wie, żeby nie wolno wychodzić po zmroku, wie których dzielnic unikać jak ognia, wie, że nie powinien się obnosić z bogactwem i że musi mieć oczy dookoła głowy. Mój przyjaciel, mieszkaniec Caracasu, stolicy, powiedział mi kiedyś, że podczas spaceru ulicami miasta zawsze stara się dyskretnie obserwować swoje otoczenie - to co dzieje się przed nim, zanim, obok niego. Chwila nieuwagi i może być po tobie.


Policja nie radzi sobie z taką ilością przemocy na ulicach. (A w ogóle to po przejściu na emeryturę wielu policjantów dołącza do światka przestępczości zorganizowanej - wszak kontakty ze światem przestępczym mają). Przestępcy chodzą po ulicach bezkarnie. W dodatku z roku na rok wykrywalność przestępstw spada.

Kiedy byliśmy w Hiszpanii, mój przyjaciel Wenezuelczyk dowiedział się, że porwano jego znajomego dla okupu. Zaczęto zbierać pieniądze, a w międzyczasie policja zorganizowała akcję odbijania zakładnika. Cóż z tego, skoro podczas tej akcji, policjant strzelił do zasłaniającego się zakładnikiem porywacza, oczywiście zabijając niewinnego zakładnika. To może już lepiej, żeby się nie mieszali.

Były jeszcze i inne historie. A to jak innego znajomego porwano dla okupu. Na nieszczęście porwany rozpoznał jednego z porywaczy (okazał się nim kolega z pracy), więc porywacze poniechali okupu i zabili nieszczęśnika na miejscu, żeby nie mógł nikogo wydać. A to zdarzenia widziane na ulicy: w dobrym samochodzie na czerwonym świetle młody człowiek wietrzy łokieć. W kilka sekund ma już przystawiony do głowy pistolet i od zamaskowanego mężczyzny dostaje polecenie oddania wszystkich cennych rzeczy, które ma przy sobie. Oczywiście posłusznie wykonuje rozkazy i po oddaniu portfela i torby, światło zmienia się na zielone i może już odjechać ciesząc się, że żyje. Następnym razem będzie pamiętał, żeby zamykać okno.

Dzisiaj inny znajomy też z Wenezueli napisał  na fb, że go okradli. Zabrali mu torby, które miał przy sobie, portfel, telefon i klucze. Nie odbierają, gdy próbuje się dodzwonić na swój skradziony telefon. Takie rzeczy zdarzają się na codziennie.

A teraz garść statystyk.
Caracas to drugie lub trzecie najbardziej niebezpieczne miasto na świecie i zarazem najbardziej niebezpieczna stolica świata. Przypada tam 134 zabójstwa na każde 100 tysięcy mieszkańców.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w kraju, to tutaj statystyki się różnią ogromnie, w zależności, czy są to dane oficjalne podawane przez rząd (mocno zaniżone), czy też przez organizację do spraw przemocy w Wenezueli nie związaną z rządem, która wskazuje że współczynnik morderstw jest dwukrotnie większy od tego podawanego oficjalnie. W ciągu roku to daje około 25 tysięcy Wenezuelczyków zmarłych wskutek przemocy.


A tu jeszcze jedna statystyka ukazująca ilość osób zmarłych nagle, (nie z powodu choroby lub starości), w wyniku morderstwa, wojny lub katastrof naturalnych w porównaniu z krajami, gdzie rzeczywiście prowadzone są działania wojenne. Tylko Syria przebija pod tym względem Wenezuelę.



Rady dla szaleńców (odważnych)
Tak naprawdę to ja podziwiam zapaleńców, odważnych podróżników nie bojących się nikogo ani niczego, wchodzących w sam środek dżungli lub do najbiedniejszych dzielnic ogromnego miasta. Lecz w większości są to samotnicy, ludzie, których nic nie wiąże z żadnym miejscem lub z żadną osobą. Oni mogą ryzykować.

Jeśli jednak chciałbyś zwiedzić Wenezuelę i wrócić z niej żywy to warto zadbać o swoje bezpieczeństwo.

 Twoja cera cię zdradza. Od razu widać, że jesteś Europejczykiem lub Amerykaninem. Przyjechałeś z zagranicy, więc będziesz miał dolary. Jesteś świetną potencjalną ofiarą. Jeśli jeszcze wyglądasz na zagubionego, czy niepewnego, tym gorzej dla ciebie. Nie dokładaj do tego jeszcze obnoszenia się z bogactwem. Tym razem możesz zdjąć drogie zegarki, czy biżuterię.
Unikaj środków komunikacji masowej. Tłok, upał, zmęczenie. Idealna sceneria dla drobnych kieszonkowców.
Zwiedzaj najlepiej z jakimś znajomym tubylcem, który zna swoje miasto, oprowadzi cię, pokaże to, co warto zobaczyć, a przy okazji będzie miał na ciebie oko.
Nie wychodź sam na miasto, zwłaszcza po zmroku. Nie wchodź do podejrzanie wyglądających dzielnic. 
Bądź ostrożny i uważny. Beztroskie zwiedzanie - to nie tutaj.
Nie noś ze sobą wszystkich swoich pieniędzy. Pieniądze najlepiej nosić na specjalnych torebkach wieszanych na szyi i chowanych pod koszulką, a drobne monety w portfelu.

Oczywiście zabójstwa, napady kradzieże to nie jest reguła. Ale, jak to mówią: "przezorny zawsze ubezpieczony i "strzeżonego Pan Bóg strzeże"
 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Zagraniczne linie lotnicze zawieszają sprzedaż biletów w Wenezueli

Wenezuela to ciekawy kraj - słoneczny z ciepłym klimatem, pełen otwartych ludzi różnych narodowości i kultur, a zarazem - kraj kontrastów, przemocy, biedy przypominający nieco Polskę za czasów komunizmu.
Mam tam przyjaciela. Razem z nim i jego znajomymi rozmawiałam o ostatnich wydarzeniach w ich ojczyźnie.

American Airlines, United Airlines y Copa Airlines zawiesiły tymczasowo sprzedaż biletów i Wenezuela praktycznie została odizolowana od reszty świata. Dlaczego? Ze względu na milionowy dług państwa wobec wspomnianych linii. Jak podaje wenezuelski dziennik "EL MUNDO ECONOMÍA Y NEGOCIOS" jest to suma między 3.300 a 3.600 milionów dolarów. 




 Zanim zacznę tłumaczyć skąd się wziął dług, pasowałoby jeszcze napisać kilka słów na temat sytuacji ekonomicznej w Wenezueli. Tam płaci się bolivarami. Oczywiście nie za wszystko - żeby kupić mieszkanie (prawie niemożliwe) lub samochód (to się zdarza, ale wcale nie jest łatwo) trzeba już płacić dolarami zakupionymi na czarnym rynku. Różnica między oficjalną ceną dolara a ceną dolara na czarnym rynku jest ogromna. Do tego dochodzi inflacja.

Ze względu na przewidywaną dewaluację monety między sierpniem a październikiem ogromna liczba osób zarezerwowała sobie bilety na następny rok. No i firmy lotnicze straciły na tym fortuny, ponieważ jeśli po dewaluacji linie lotnicze będą chciały wymienić bolivary uzyskane ze sprzedaży biletów otrzymają za nie o wiele mniej dolarów niż otrzymałyby pół roku temu. I nie opłaca im się wcale za tę sumę przewozić pasażerów.

Niektórzy mówili, że rządowi może to być nawet na rękę, żeby z Wenezueli nie dało się wyjechać/uciec. No chyba, że na Kubę, z którą utrzymują dobre stosunki. 

Ale to raczej nieprawda, bo rząd postanowił prowadzić negocjacje z pokrzywdzonymi liniami i zaproponował im uregulowanie długu zwracając 50% kwoty w paliwie (które w Wenezueli jest tanie jak barszcz, ponoć za euro cały bak można napełnić - bardzo wygodne ze strony rządu), 25% w gotówce i 25% w bonach.

Przez jakiś czas z pewnością trudno będzie rezerwować bilety, bez względu na to, czy linie przyjmą propozycję rządu czy nie. Ale nie jest to niemożliwe, bo już po aferze narzeczonej mojego kolegi udało się zarezerwować bilet do któregoś z państw Europy.

Nawet i bez tego całego zamieszania niełatwo wyjechać Wenezuelczykowi za granicę. Musi przygotować teczkę po brzegi wypełnioną dokumentami, uzyskać pozwolenia, wizy, a nawet jeśli ma już kupiony bilet i nie spodoba się urzędnikom na lotnisku, mogą go z niego zawrócić. Chyba, że chce pojechać na Kubę. Tam może.

Ten post miałam napisać już kilka dni temu, ale czytałam interesującą książkę i nie mogłam się od niej oderwać aż do ostatniej strony. W najbliższym czasie planuję jeszcze opublikować notkę dotyczącą jednego z największych problemów Wenezueli - przemocy. (Chyba, że znowu znajdę jakąś książkę)

 

piątek, 24 stycznia 2014

Co przywieźć do Hiszpanii, jakie prezenty spodobają się Hiszpanom?

W końcu dopadła nas zima. (W końcu - tutaj nie znaczy "nareszcie"). Dla mnie mogłoby jej w tym roku nie być. Nie przepadam za sportami zimowymi, bo na stokach, czy na lodowisku jest tak zimno, nie mam dobrego krążenia krwi w organizmie, dlatego wolę te dnie spędzać z książką przy kominku, a najchętniej przeniosłabym się na te 3, 4 miesiące do ciepłej Hiszpanii.

Przyjmijmy, że już tam jedziemy. W takim razie, trzeba się do tego wyjazdu przygotować. Jeśli będziemy mieszkać u znajomych, czy w przypadku różnego rodzaju wymian szkolnych lub studenckich - u nieznanych nam wcześniej rodzin, powinniśmy coś ze sobą zabrać. Prezenty nie muszą być duże, lecz powinny być przemyślane i związane w jakiś sposób z naszym krajem.

Zacznijmy może od naszego narodowego dobra - wódki. Nie ma się co łudzić, tak już się Polska kojarzy; jako producent i konsument napojów wyskokowych. I dobrze, bo polskie wódki, mają renomę i są uważane za dobre jakościowo. Jeśli już chodzi o rodzaj, to nie polecam czystej wódki, no chyba że obdarowane towarzystwo będzie młode i skłonne do eksperymentów. Natomiast starsze osoby (i tu myślę nawet o trzydziestolatkach!) wódki raczej nie wypiją, no może jeden kieliszek, i to wcale nie "na raz". W Hiszpanii raczej nie pija się tego typu alkoholi, oczywiście ze względu na klimat. W gorące, upalne dni, nikt nie ma ochoty sięgać po mocne alkohole, a znowu zimy nie są tak zimne, żeby trzeba się było ratować czymś rozgrzewającym.

Z tego powodu, zawiozłam moim galisyjskim przyjaciołom Żubrówkę. Już na miejscu kupiłam sok jabłkowy i raczyliśmy się drinkami. Przypadły im do gustu, chociaż jeden z nich wolał Żubrówkę pić czystą, z kieliszka. Mogłabym to jeszcze zrozumieć, gdyby ją pił jak człowiek, a nie sączył! Cóż, twierdził, że tak pita smakuje jak likier. Co kraj, to obyczaj.
Oprócz Żubrówki, myślę, że sprawdziłyby się równie dobrze różne Krupniki, Żołądkowe Gorzkie, wódki smakowe i robione domowo nalewki: porzeczkówki, malinówki, wiśniówki, czeremchówki. To idealne alkohole do sączenia.





Zostałam też poproszona o przywiezienie Becherovki. Nie jest to polski alkohol, ale Czechy niedaleko i dostać go u nas o wiele łatwiej niż w Hiszpanii. W ogóle, gdy gdzieś wyjeżdżamy, myślę, że dobrym pomysłem jest zapytanie osób, do których się wybieramy, czy jest coś co się im kojarzy z Polską, co może już jedli/pili i im posmakowało lub coś, czego chcieliby spróbować
(Jak już jesteśmy przy alkoholu - w rozmowie z moimi trzydziestokilkuletnimi gospodarzami pojawił się temat "zgonu". Okazało się, że albo nigdy "zgonu" nie zaliczyli, albo zaliczyli raz i od tej pory przestali pić tak duże ilości alkoholu... Hm....)

Cały czas pozostając przy napojach, skierujmy swoją uwagę na herbaty. Owszem, w Hiszpanii pije się herbaty i można znaleźć je w sklepach, w supermarketach, ale na pewno nie w takiej ilości i tak różnorodne jak u nas. Półki z herbatami w Hiszpanii, przypominają nasze półki z egzotycznymi przyprawami. Praktycznie nie ma wyboru. Można kupić zwykłą herbatę, pewnie jakąś zieloną, herbaty typu relaksujące, czy odchudzające i napary z rumianku albo kopru. U nas, nawet w Biedronce, kupisz herbatę z trawą cytrynową, rozgrzewającą z miodem, cynamonem i goździkami, pu - erh, białą, z płatkami bławatka, z pomarańczą i wiele, wiele innych. Herbaty są dobre do przewożenia, bo są lekkie i, w zasadzie, niewiele może im się stać podczas podróży samolotem.


A do herbaty, dobrym dodatkiem będzie sok lub syrop malinowy. Kiedy w Polsce uczyłam jedną gimnazjalistkę z Hiszpanii polskiego, wszyscy oferowali jej herbatę z sokiem malinowym albo porzeczkowym. Była chłodna jesień, więc dziewczę zachwycało się tymi rozgrzewającymi sokami. Dla niej soki z tych owoców wydawały się niezwykle egzotyczne i wyrafinowane.

Jak już się napiliśmy, wypadałoby coś zjeść. Szczególnie najmłodszym można przywieźć w prezencie polskie słodycze - pudełko Kasztanków, czy Tiki-Taków zniknie w mgnieniu oka. Nawet słodycze, które zabrałam ze sobą na podróż, takie jak Pieguski czy czekolady, kiedy zostawiłam je we wspólnej kuchni cieszyły się powodzeniem.

Żałuję, że nie wzięłam ze sobą do Hiszpanii kiszonych ogórków. Moje towarzystwo, jeśli chodzi o jedzenie, było otwarte na nowości i ciekawe polskich tradycji. Pytali o najbardziej popularne dania, a że nie jadali mięsa, pomyślałam, że taka nowość by ich nie przeraziła.



Dla kobiet starszych, młodszych, w każdym wieku - biżuteria. Nawet nie koniecznie z bursztynem, chyba że ktoś mieszka na Wybrzeżu, lecz biżuteria znanych polskich firm, niemożliwa do zdobycia w Hiszpanii. Najbezpieczniejsze chyba będą bransoletki i wisiorki, bo kolczyki ktoś może nosić długie, ktoś woleć krótkie, ktoś sztyfty, a ktoś w ogóle ich może nie zakładać. Dobrze jednak znać wcześniej gust obdarowywanej osoby.

Świetnym prezentem dla osób lubiących czytać, będą książki polskich autorów przetłumaczone na język hiszpański. Na rynku pojawia się już coraz więcej takich pozycji, jednak nie są to tanie upominki. Za niektóre książki trzeba zapłacić ponad sto złotych. Ale uważam, że warto propagować polską literaturę, choćby takiego "Wiedźmina"

Rękodzieło, cepelia. Nam się to kojarzy trochę "wiochowato" i niemodnie. Natomiast moja znajoma Hiszpanka zachwycała się futrzanymi góralskimi bamboszami, haftowanymi serwetami, filcowymi lub robionymi na drutach torbami.


Co jeszcze? Niekoniecznie coś, z czym kojarzy się cała Polska, lecz Twoje miasto, region. Miasto, koło którego teraz mieszkam nazywane jest Miastem Szkła, mieści się tu huta szkła, muzeum i można kupić cudowne pamiątki ze szkła - pudełka na biżuterię, figurki, misy, ręcznie malowane bombki i najchętniej to je właśnie bym wzięła ze sobą jako prezent - gdybym jechała samochodem. Niestety choć latanie samolotem ma wiele zalet, to jednak o bezpieczeństwo delikatnego szkła należałoby się obawiać. 
(O proszę, nawet Krety malują u nas bombki choinkowe - źródło)

piątek, 10 stycznia 2014

hiszpańsko-polskie inspiracje muzyczne - cantigas de amigo i polska wokalistka

Co najbardziej mnie zachwycało podczas mojego wyjazdu do Hiszpanii, to to, że mogłam odkrywać mój kraj na nowo. Przebywając w artystycznym środowisku, wśród ludzi, którzy interesują się literaturą, filozofią, muzyką, filmem i bóg wie, czym jeszcze, poznałam kilka polskich zespołów i wokalistów, o których wcześniej nie słyszałam, między innymi Paulinę Ceremużyńską.
Jest ona szczególnie interesująca, dlatego, że współpracuje z wieloma artystami w hiszpańskiej Galicji, z zespołem muzyki średniowiecznej Alienor, a wcześniej śpiewała w polskim zespole Pressus. Wydała dwa albumy - "Cantigas de amor e de amigo" oraz "E moiro-me d’amor".

 Gatunek pieśni, które wykonuje, nazywa się cantiga de amigo czyli pieśni o przyjacielu (ukochanym). W czasach średniowiecza istniał język galicyjsko-portugalski, był to język literacki, kastylijski wtedy uważano za język plebsu. W gallego-portuges pisano także i śpiewano pieśni o przyjacielu.
W odróżnieniu od pieśni trubadurów, tutaj pieśni wykonywały kobiety. Bohaterką utworu była zazwyczaj dziewczyna, której ukochany gdzieś wyjechał, np. na wojnę, a ona skarżyła się na swój los, czy pytała wiatry i rzeki, gdzie jest jej przyjaciel.
Słowa piosenek układali zawsze mężczyźni, wśród autorów znalazł się nawet król Portugalii, Denis.

Tu możecie znaleźć jej piosenki:
Paulina Ceremuzynska


Na południu Półwyspu także nie próżnowano. A było to wtedy ciekawe miejsce. W miarę pokojowo żyli w krainie zwanej Al-Andalus zasymilowani Żydzi i Arabowie wraz z katolikami. W tej barwnej mieszance kulturowej  powstały tam utwory literacko-muzyczne zwane moaxaja, które przypominały tematem cantigas de amigo. Bohaterkami utworów były dziewczyny opowiadające historię swojej miłości matkom lub siostrom. Te utwory pisano po arabsku, lecz ich ostatnią zwrotkę jarchę tworzono w języku potocznym mozarabskim - mieszance języka arabskiego z potoczną łaciną (nie mylić z kuchenną!;)) i zapisywano w alfabecie arabskim. To muzyka dla miłośników kultury i klimatów arabskich.

Przykład moaxaji tu:
http://www.youtube.com/watch?v=1K_dr8VDMiw&list=PLE1D1613E8406006A


Kolejnego odkrycia dokonałam pisząc ten post. Chciałam dodać kilka słów o Cantigas de Santa Maria, które były bardzo popularne w XIII wieku. Tak popularne, że sam król Hiszpanii, Alfonso X stworzył najbardziej znany ich zbiór. Pieśni oczywiście powstały w języku galisyjsko-portugalskim. Najczęściej traktują o cudach dokonanych za wstawiennictwem Maryi.

No i okazało się, że i w Polsce, nie jest to całkiem nieznany temat. Płytę "Cantigas de Santa Maria" wydał Maciej Maleńczuk w 2006 roku. Różni się pod wieloma względami od reszty jego utworów. Można na niej znaleźć piosenki w gallego-portugues, pieśni przetłumaczone na język polski i apokryfy o świętych napisane przez Maleńczuka.  Te ostatnie wydają się szczególnie interesujące i bardziej współczesne, ale cała płyta godna jest polecenia.

po polsku "Santa Maria Loei"

Popisy Maleńczuka w gallego-portugues "Madre de Deus"

i z pieśni o świętych "Adam"

niedziela, 29 grudnia 2013

Świątecznie

Może i jestem trochę spóźniona z tym wpisem, ale choinki stoją jeszcze w naszych domach, a ciasta na półkach w spiżarniach i mamy tyle wolnego. Zresztą podczas Świąt naprawdę nie ma czasu na pisanie bloga, bo trzeba przygotować Wigilię, ulepić tysiące uszek i pierogów i lepiej poświęcić ten czas szybko rosnącemu chrześniakowi, dzieciom kuzynek i rodzinie niż zamykać się w pokoju i stukać w klawiaturę. Ale teraz mam chwilkę czasu, więc będzie o Świętach w Hiszpanii, Sylwestrze i Trzech Królach.
Jeśli chodzi o udekorowanie domu, to choinka jest znacznie późniejszym pomysłem, który przyszedł do Hiszpanów z północy Europy. Tradycyjnie już w czasach średniowiecznych stawiało się w domach szopki z rzeźbionymi figurkami zwierząt i ludzi, z domkami, rzekami, drzewami i, od okresu baroku, obowiązkowo z caganerem - wypróżniającym się chłopem, ukrytym gdzieś w krzakach lub za zagrodą.



No cóż, może nie jest zbyt estetyczny, ale taki caganer przynosi ponoć szczęście i pieniądze. Nie musi to jednak być anonimowy wieśniak, obecnie firmy produkujące figurki zwracają uwagę, co dzieje się w polityce i kulturze. Można kupić sobie figurki całej drużyny Barcelony lub Realu, ich trenerów, obecnego i poprzedniego papieża, przywódców państw, aktorów i piosenkarzy.

 
 
 

 Nawet ślub Williama i Kate nie przeszedł niezauważony.


Oczywiście teraz najczęściej stawia się w domach szopki a obok przystraja się choinkę.

Kolację wigilijną świętuje się w rodzinnym gronie. Na stołach króluje nadziewany indyk, szampan i świąteczne słodycze robione z migdałów całych lub sproszkowanych. Te ze sproszkowanych w smaku przypominają chałwę. Są bardzo słodkie. Uwielbiam je! Niektóre z nich - turrony można kupić także w Polsce, na przykład w Lidlach i są to te same turrony, które widziałam na półkach w hiszpańskich supermarketach.



Oglądam te zdjęcia i aż leci mi ślinka;) Inne słodycze z migdałów to polvorón (na to w Polsce jeszcze się nie natknęłam) opakowane jak cukierki, ale w środku skrywające proszek migdałowy. Mogą być oblane czekoladą, mogą być twarde lub miękkie, mogą zawierać sezam, pistacje lub orzechy. Najlepiej je jeść łyżeczką, bo bardzo się kruszą.


Podczas kolacji wigilijnej, tak jak w Polsce, śpiewa się kolędy. Odnoszę niejasne wrażenie, że hiszpańskie kolędy są bardziej wesołe i mniej sensowne niż polskie. O północy ci, którzy chcą, udają się na Pasterkę, która tam nazywa się Misa de Gallo, czyli Msza Koguta.

Następnego dnia rodziny również spotykają się przy stole, aby powtarzać mniej więcej, to co się robiło dnia poprzedniego. Jest to dzień, w którym niektóre dzieci dostają prezenty od św. Mikołaja, jeśli rodzice naśladują zachodnie tradycje i nie widzą niczego złego w tym, żeby dzieci otrzymywały prezenty dwa razy podczas Świąt. Tradycyjnie, bowiem, prezenty rozdają Trzej Królowie, w ich święto. Poruszają się na wielbłądach, więc dzieci muszą zostawić jakieś słodycze dla władców i mleko dla wielbłądów. Dzień wcześniej, piątego stycznia, przez miasta przechodzi pochód Trzech Króli. Po szóstym stycznia choinki i szopki znikają z salonów, wracają do piwnic czy na strychy.


W sylwestrowy wieczór je się kolację z rodziną, a następnie, najczęściej, wychodzi na miasto z przyjaciółmi. Kiedy rozpoczyna się odliczanie, co sekundę, trzeba połknąć jedno winogrono. Aby trochę sobie ułatwić zadanie, można wymienić winogrona na rodzynki. Ten zwyczaj ma przynosić szczęście na Nowy Rok. A po nocy pełnej wrażeń najlepiej wstąpić gdzieś na gorącą, gęstą czekoladę (tak, że trzeba ją jeść łyżeczką) i churros.


wtorek, 10 grudnia 2013

Jakie książki polskich autorów znajdziemy w hiszpańskich księgarniach?

Uwielbiam chodzić po księgarniach, w Polsce szczególnie po Tanich Książkach, gdzie za niewielkie pieniądze można kupić naprawdę świetne książki. W Hiszpanii wraz z Wenezuelczykiem - sami, bez przewodnika w postaci tubylca - zwiedzaliśmy miasta i jakoś nie udało nam się nigdy znaleźć żadnego antykwariatu. Jednak i księgarnie nie sprawiły nam zawodu. Ba! Rozochociliśmy się tak, że pod koniec naszej wizyty już nawet nie wchodziliśmy do żadnego sklepu z książkami ze względu na limit wagowy bagażu. Podczas powrotu moje walizki ważyły nawet minimalnie więcej niż powinny, ale na szczęście nie leciałam tanimi liniami lotniczymi i nie musiałam na lotnisku wyrzucać swetrów czy na wpół zużytych kosmetyków. Jeśli chodzi o ceny, to można kupić ciekawe książki kosztujące od 5 do 15 euro. Oczywiście, są i droższe, ale nie ma jakiejś kolosalnej różnicy między księgarniami w Polsce a w Hiszpanii, jeśli chodzi o pieniądze, które trzeba wydać na wymarzone papierowe wydanie jakiegoś dzieła.

W Galicii obracałam się w kręgu literaturoznawców i filozofów, nie dziwiło mnie więc jakoś strasznie, że znali (i nie tylko z nazwiska - kojarzyli niektóre utwory) Miłosza, Szymborską, Różewicza, Herberta, Zagajewskiego. Z prozy czytali Conrada (i wiedzieli, że był Polakiem, nawet znali jego biografię lepiej niż ja!), Mrożka, Gombrowicza, Schulza, Stasiuka "Opowieści Galicyjskie", stąd też u nich zainteresowanie polską Galicją.


Ale już w osłupienie mnie wprawił, jeden z Hiszpanów, gdy zapytał mnie o książkę "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" Sergiusza Piaseckiego (tytuł hiszpański "Enamorado de la Osa Mayor"). Więc, można natrafić na książki nie będące kultowymi w Polsce, o których nie było głośno ze względu na brak kampanii promocyjnych. Przyznaję, nie czytałam tej książki, ale to inspirujące, że obcokrajowiec może ci polecić jakieś dzieło krajowej literatury, o którym nawet nie słyszałeś.

A teraz, co mamy na półkach w księgarniach? Nieodmiennie przyciągają mnie półki z powieściami fantasy i ucieszyło mnie, że można zakupić Sapkowskiego. W jednej z księgarni, bodajże w http://www.casadellibro.com/ znalazłam cały cykl o Wiedźminie i jeszcze do tego dwa tomy Narrentum. Jeśli chodzi o S-F to tutaj króluje Lem. Ogromna ilość jego powieści została przetłumaczona na język hiszpański.
Z literatury najnowszej mamy Michała Witkowskiego "Lubiewo", tutaj "Lovetown", Jacka Dehnela "Lalę", przetłumaczoną jako "El Jardín de Lala", kilka książek Jerzego Pilcha i Marka Krajewskiego.


Spośród polskich reportażystów najbardziej znany jest Kapuściński. Oprócz jego książek, można jeszcze przeczytać "Gottland" Mariusza Szczygła.

Naprawdę byłam usatysfakcjonowana ilością polskich autorów (ich książek, nie ich osobiście) na półkach hiszpańskich księgarni.

niedziela, 8 grudnia 2013

Jak wyglądają szkoły w Hiszpanii? Różnice, różnice, różnice...

Podczas mojego pobytu w Galicji miałam okazję zobaczyć hiszpańską szkołę "od wewnątrz" i nawet poprowadzić krótkie warsztaty poetyckie dla młodzieży w wieku gimnazjalnym. Znam wielu zaangażowanych nauczycieli z tego instytutu. I, co było bodźcem ostatecznym do napisania tej notki, musiałam przygotować na ten weekend na kurs pedagogiczny prezentację o hiszpańskim systemie edukacji. Podczas wyszukiwania informacji korzystałam głównie ze stron w języku hiszpańskim, a i tak musiałam się podpierać wiedzą i doświadczeniem znajomych nauczycieli, gdyż każde źródło podawało inne informacje. W notce skupię się jednak na ciekawostkach, a nie na datach i typach uczelni.


Hiszpania dzieli się na 17 Wspólnot Autonomicznych, które cieszą się dużą autonomią, m.in. w dziedzinie edukacji. Szczególnie dotyczy to: Katalonii, Galicii i Kraju Basków, gdzie istnieją dwa języki urzędowe - hiszpański i odpowiednio: galicyjski, baskijski czy kataloński. W tamtejszych szkołach uczy się języka hiszpańskiego i literatury hiszpańskiej, drugiego języka urzędowego wraz z literaturą. Część zajęć także musi być przeprowadzona w tym języku. Zwykle jest to połowa przedmiotów. Nie zawsze tak było. W czasach generała Franco nie można było uczyć się tych języków, nie można było nawet ich używać. Oczywiście, wiele osób to robiło w ramach protestu wobec władzy. Obecnie przywraca się tym drugim językom należne im miejsce i dla większości mieszkańców język oraz tradycja regionu są powodem do dumy.

Szkoły są dużo bardziej sprofilowane niż te w Polsce. Już od Educación Secundaria Obligatoria (coś jak polskie gimnazjum, tylko trwa 4 lata) uczeń może wybierać przedmioty do wyboru z całkiem obszernej puli zajęć, a w "liceum" trwającym dwa lata, wybiera jedną z trzech ścieżek:
- nauki humanistyczne i społeczne
- nauki ścisłe i technologia
- przedmioty artystyczne.
Do jednego z tych profili dobiera sobie przedmioty, których nie ma na danym profilu, a które go interesują. Uczniowie o umysłach humanistycznych nie muszą katować się fizyką czy chemią, a ścisłowcy historią sztuki czy WOSem.

Uczniowie, którzy obleją jakiś przedmiot, tylko raz mogą powtarzać dany rok, a w ciągu całego cyklu tylko dwa razy mogą powtarzać klasę. Jeśli przekroczą ten limit, zostają wysłani do szkoły specjalnej dla uczniów z problemami. Nie tak jak w Polsce, gdzie z dziesięciolatkami może siedzieć wyjątkowo oporny na edukację nastolatek aż do ukończenia 18 roku życia. W Hiszpanii, w ogóle, obowiązek szkolny trwa do 16 roku życia.

W szkołach publicznych, od najmłodszych lat, uczeń zwraca się do nauczyciela po imieniu. Nauczyciel nie może zażądać, żeby uczniowie zwracali się do niego przez "pan/i", no chyba, że uczy w szkole prywatnej lub katolickiej, bo te rządzą się swoimi prawami. Ma to swoje plusy i minusy. Z pewnością kontakt między uczniami i nauczycielem jest dużo lepszy, nie boją się do niego podejść ze swoimi problemami, bardziej sobie ufają. Dla mnie nie do pomyślenia było, że moja znajoma nauczycielka, Rosa, zostawiła na korytarzu bez opieki komputer i projektor, a kiedy zapytałam jej czy to bezpieczne i powiedziałam, że w Polsce sprzęt już byłby zniszczony lub wyniesiony, nie mogła w to uwierzyć. Nie zawsze jednak jest tak różowo. Wielu z nauczycieli tego instytutu, zostało chociaż raz wyzwanymi od najgorszych lub skrytykowanymi w słowach, których nie powinno używać się w relacjach nauczyciel-uczeń.


O Pelouro - reportaż - tu można zobaczyć reportaż (oczywiście po hiszpańsku, ale i bez języka co nieco można z niego zrozumieć, a przynajmniej pooglądać) o szkole w Vigo, w Galicii. To szkoła specjalna, kiedyś była prywatna, ale po jakimś czasie udało się założycielom uzyskać wsparcie u władz i obecnie jest to szkoła publiczna, do której może uczęszczać każdy, zdrowy czy z różnymi rodzajami upośledzeń. Od kilkulatków (mam na myśli 2-3 lata) po 16-latków. Zdarzają się obcokrajowcy, którzy przeprowadzają się do Hiszpanii tylko po to, żeby posłać do niej dziecko. W tej wszyscy są normalni i wszyscy są indywidualnościami. Codziennie odbywa się apel, niezbyt oficjalny, po którym każdy uczeń (nawet ten najmłodszy) decyduje czym będzie się danego dnia zajmował. Nie ma sal. Nie ma klas. Nie ma żadnych podziałów. Nie ma ocen. Nie ma nauczycieli - są za to mediatorzy, którzy pomagają gdy uczeń nie może się zdecydować, co wybrać lub gdy pojawiają się jakieś problemy. Służą swoją wiedzą lecz się z nią nie narzucają. Uczniowie sami uczą się szukać źródeł wiedzy i decydować o własnym losie. Ten system nauki się sprawdza. Uczniowie, którzy ukończą tę szkołę i chcą iść do liceum lub na studia, po pierwszym szoku po zderzeniu ze zwykłymi szkołami, zazwyczaj dobrze się odnajdują w nowej rzeczywistości i osiągają wysokie wyniki.

 
I jeszcze słowo o tym, jak w Hiszpanii wygląda sytuacja na rynku pracy dla nauczycieli. Studenci kończący odpowiednie kierunki, pozwalające na podjęcie pracy w szkołach, mają zapewnione zatrudnienie. Władze danej Wspólnoty Autonomicznej przydzielają mu placówkę i "biedny" absolwent nie ma tu nic do gadania. Dopiero później, gdy może pochwalić się jakimiś osiągnięciami, wykonanymi projektami, za które dostaje punkty, w zależności od ilości tych punktów, może poprosić o przeniesienie w miejsce, które bardziej go interesuje. Jeśli ktoś chce uczyć w innym miejscu w Hiszpanii, nie w tym, w którym ukończył studia, Ministerstwo Edukacji, raz na kilka lat ogłasza konkurs (nabór) do różnych szkół w całej Hiszpanii. Tutaj też wszystko zależy od ilości punktów.
 
 
Podoba mi się system edukacyjny w Hiszpanii. Żałuję, że w Polsce szkoły typu gimnazjum, czy liceum nie są bardziej sprofilowane.