niedziela, 9 marca 2014

Dalsze protesty w Wenezueli, zdjęcia


Sytuacja w Wenezueli się nie poprawiła i nie wygląda na to, żeby miała się poprawić. Jest już 21 osób zmarłych podczas protestów, ponad setka zatrzymanych (według nieoficjalnych źródeł liczba ta dochodzi do pięciuset), torturowani. Ulice przypominają Majdan - płonące ulice, gaz łzawiący kierowany w stronę protestujących, całkiem niewinnych osób bądź budynków mieszkalnych.


Rządowe Grupy Militarne i policja strzelają do protestujących studentów. Ale nie wszyscy. Zdarzają się takie sytuacje, że opuszczają szeregi i idą bronić protestujących lub rzucają się na chcących wyrządzić studentom krzywdę kolegów.


Ale i protestujący nie są jednomyślni. Opozycja antyrządowa w tej chwili nawołuje do zachowania spokoju, ale nikt ich nie słucha. Protesty wybuchają w zasadzie spontanicznie. Część protestujących twierdzi, że zakończy protesty dopiero gdy prezydent Maduro ustąpi z urzędu, ale na to nie można za bardzo liczyć, tak samo jak na ucieczkę w stylu Janukowycza. 


Co na to rząd? Oczywiście uważa protestujących za wrogów ludu szukających przemocy, których należy brutalnie spacyfikować. Nazywa ich faszystami. Takich zdjęć jak te, czy filmów ukazujących tortury, strzelaniny, zabójstwa nie można zobaczyć w wenezuelskiej telewizji, a i  strony internetowe są blokowane w imię zapisu konstytucyjnego, pozwalającego podejmować takie kroki, w imię obrony interesu publicznego i chronienia ludzi przed chaosem.


Czy wszyscy protestują? Oczywiście, że nie. Tysiące mieszkańców faweli (dzielnic nędzy) nie wie (lub "coś tam słyszało, ale co to kogo obchodzi) nic o protestach, bo zajęci są pilniejszą walką. Walką o przeżycie. Bo nie jest łatwo zarobić tyle, żeby mieć co do garnka włożyć. Nie z galopującą inflacją i coraz bardziej pogarszającą się sytuacją ekonomiczną kraju.


A do tego Rzecznik Praw Człowieka broniący tych, którzy je łamią. Rzeczniczka praw człowieka uznała, ż protestujący odpowiadają za większość zabójstw, a jeśli chodzi o tortury, to powiedziała:

"Tortury mają znaczenie, z tego powodu my musimy być bardzo dokładni jeśli chodzi o użycie terminów, tortury przeprowadza się, żeby otrzymać... sprawia się ból, cierpienie fizyczne komuś, żeby zdobyć zeznanie, i musimy to odróżnić od tego czym jest nadużycie lub użycie siły nieproporcjonalnej do sytuacji i na bazie tego, czy jest to tortura, czy okrutne postępowanie, nieludzkie i poniżające, ustala się wysokość kary"*




piątek, 21 lutego 2014

Słowo o hiszpańskich zwyczajach

czyli notka dla mojego zdrowia psychicznego, bo kolejna będzie znowu o Wenezueli, gdzie jet już 6 ofiar śmiertelnych. Czytam artykuły, oglądam krótkie filmiki z torturami albo zabójstwami i przeżywam to wszystko. Dlatego dziś będzie miło, łatwo i przyjemnie.

Całowanie się.



(Na powitanie oczywiście). Lub na pożegnanie. Kiedy zostajemy przedstawieni nowej osobie. Całujemy się dwa razy - to znaczy po jednym razie w każdy policzek. Od którego zaczynamy, to trzeba już wyczuć. I co ważne, nie podajemy wtedy przy tym ręki jak u nas podczas gratulacji, czy wręczania prezentów lecz możemy położyć dłonie na ramionach czy przedramionach witanej osoby. Od biedy, jak jesteśmy bardziej nieśmiali, możemy je trzymać przy sobie, ale to wyjdzie sztywno.
Oczywiście na początku może nam się mylić i zostaniemy z trzecim buziakiem "w powietrzu". Ja z tym akurat nie miałam problemu, ale zawsze chciałam podawać rękę...

Buty.





Butów po prostu nie ściągamy. Gospodarz nie powie gościom "Proszę nie ściągajcie butów" jak już będą mieli je w połowie zdjęte, jak to często się zdarza w Polsce, bo nie przyszłoby mu nawet do głowy, że zaproszona osoba może zechcieć zdjąć obuwie. To rozumiem. Ale w deszczowej Galicii ludzie chodzą po swoich domach w butach, w których właśnie byli na spacerze. Może nie cały czas, ale np., jak mają godzinę czy dwie sjesty zanim wrócą do pracy, nie zmieniają ich na pantofle. Kiedy mieszkałam przez trzy tygodnie w małym galisyjskim miasteczku wchodziłam na piętro w moich mokrych motocyklowych butach i tam przebierałam je na pantofle, bo mi było w nich wygodniej. I byłam jedyną osobą chodzącą tam w pantoflach. Wydaje mi się to całkiem zrozumiałe w lecie lub w innych miejscach Hiszpanii, gdzie przez cały rok jest w miarę sucho. Ale Galicia do takich miejsc jesienią i zimą nie należy.


Spóźnianie się. 






Spóźnianie się jest całkiem kulturalne. To znaczy ty możesz przychodzić dokładnie na umówioną godzinę lub chwilkę przed czasem, lecz wtedy trzeba liczyć się z tym, że będziesz musiał czekać 15 - 20 minut zanim przyjdzie osoba, która się z tobą umówiła. Dla Hiszpanów czas płynie inaczej i nie spotkasz się z nerwowością w supermarketach, krzywych spojrzeniach, że za wolno pakujesz zakupy, krzykach czy irytacji (to szczególnie dobra opcja dla kobiet ;) że wybierasz się za długo i nie zdążycie. A już nigdy, przenigdy nie przychodźcie w gości na jakąś imprezę na czas. Okaże się, że gospodyni jeszcze nie ubrana, dania nie przygotowane, a mieszkanie czeka na sprzątanie. Przyjdziecie pół godziny później, załapiecie się na pomaganie w kuchni, czy układanie naczyń. Godzinne spóźnienie jest całkiem w porządku. Nawet większe spóźnienie nie spotka się ze złym przyjęciem. Spóźniłeś się, znaczy musiałeś coś załatwić, spotkałeś kogoś, musiałeś odbyć długą rozmowę z dziewczyną. A kogo to obchodzi? Jesteś, to dobrze. Może będziesz miał nieco mniejszy wybór jedzenia, ale nikt nie będzie marudził.


Pozdrawianie się na ulicy.

Rianxo - małe galicyjskie miasteczko z liczącymi sobie wiele lat murami i wąziutkimi uliczkami, w których ledwo mieścił się jeden samochód. Panikowałabym, gdybym miała tam sama prowadzić.


Oczywiście nie w dużym turystycznym mieście. Ale jeśli idziesz poprzez małe miasteczko i mijasz się z kimś idącym z naprzeciwka, mówicie sobie "Hola", ewentualnie, gdy osoba jest starsza (dużo starsza) "Buenos días". Jest to bardzo sympatyczny zwyczaj, zwłaszcza gdy jesteśmy zgubieni, omija nas zaczepianie przechodzącej osoby, gdy chcemy zapytać o drogę. Poza tym ludzie patrzą sobie w twarze i uśmiechają się, a nie idą z wzrokiem wbitym w chodnik jakby szukali tam zagubionych groszy...

Sposób ścielenia.


Ścielenie łóżka "po hiszpańsku" jest o wiele bardziej skomplikowane niż "po polsku". Nie ma tam kołder. Ich rolę przejęły koce. A więc jest najpierw materac. Na materac kładzie się prześcieradło. Na to prześcieradło na którym śpimy kładzie się coś w rodzaju poszewki, ale koce układa się na niej, a nie wsadza do środka. Ilość koców zależy od regionu Hiszpanii i pory roku. Poszewkę zakłada się w ten sposób, aby wystawała z czterdzieści centymetrów na wierzchu ostatniego koca, w ten sposób, abyśmy nie dotykali twarzą koców, lecz poszewki, i to wszystko w ten sposób ułożone wkłada się pod materac. Później należy się w jakiś sposób wczołgać pod tę konstrukcję, starając się jej nie rozwalić. Przyznam szczerze, że w deszczowej Galicii marzłam pod czterema kocami, przynajmniej pościelonymi w ten sposób, przypuszczam, że jeśli zawinęłabym się w nie, zamiast wchodzić "w tunel" byłoby mi cieplej. Za to poduszki - takie jak na obrazku - są cudowne; płaskie i tak długie jak szerokość łóżka.

Im bliżej wyjścia tym drożej.

Jesienią, w deszczowej Galicii może tak nie jest. Co prawda, i tak zdarzało się, że jedliśmy obiad w lokalu, a butelkę wina zabieraliśmy do ogródka, za zgodą kelnera/kelnerki. Ale w innych częściach Hiszpanii lub w innej porze roku - kawa, herbata, jedzenie może różnić się ceną w zależności od tego, czy siadamy przy barze, czy przy stoliku, czy w ogródku/tarasie. I to znacznie. Może to być 1 euro za kawę przy barze, a 3 euro za kawę na tarasie w tym samym lokalu. Z pewnością w lecie spędza się czas przyjemniej na zewnątrz niż wewnątrz klimatyzowanego (lub nie) pomieszczenia. Czy jest to warte 2-3 euro? Zależy od tego ile mamy w portfelu;)

Sjesta.


Osławiona sjesta. Czy rzeczywistość wygląda tak, że o danej godzinie po południu wszyscy Hiszpanie śpią jak dzieci? Oczywiście, że nie. Zazwyczaj są to ok. 3 godziny w środku dnia, czyli od 14.00 - 17.00 przeznaczone na przerwę od pracy ze względu na nieznośny upał panujący o tej porze. Hiszpanie wracają wtedy do domu (jeśli mieszkają niedaleko pracy) lub wychodzą na obiad ze znajomymi na miasto. Jeśli są zmęczeni, ucinają sobie drzemkę, ale jest to mniej więcej tak samo popularne jak w Polsce. Jednak to bardzo ważne, żeby pamiętać o sjeście wybierając się na całodniową wycieczkę, bo może okazać, że będziemy chcieli zjeść obiad o 15 i nie znajdziemy ani jednego otwartego lokalu. Więc albo wczesny obiad o 13 albo trzeba poczekać do ponownego otwarcia barów o 17.

Hiszpanie są głośni.

Są głośni, towarzyscy i otwarci. Co prawda przy stole ciężko może być przekrzyczeć Polakowi wszystkich, żeby się wypowiedzieć na jakiś temat, ale jak bardzo chce, to może się udać. Dzieci za to krzyczą tak samo, nie ciszej, nie głośniej, jak polskie. W hiszpańskiej szkole czułam się tak samo jak w polskiej. Znajomi Andaluzyjczycy podczas wizyty w Polsce na widok szkolnej wycieczki żartowali, że dzieci musiały być z Hiszpanii - tak głośno się zachowywały. Co oznacza, że jeśli dzieci są takie same i tu, i tam, że nasza kultura w jakiś sposób ogranicza spontaniczne zachowanie przedkładając nad nie umiar, spokój i "nie wychylanie się". A ja chciałabym krzyczeć jak Hiszpanie, ale na to jest już za późno!








poniedziałek, 17 lutego 2014

Dzień Młodości - protesty, przemoc, tortury, zatrzymania i zabójstwa w Caracas oraz w innych wenezuelskich miastach

Z niepokojem otwieram teraz Facebooka, teraz odkąd mam kilku Wenezuelczyków w znajomych i to, Wenezuelczyków będących w opozycji (wcześniej do Chaveza, teraz do rządów prezydenta Nicolasa Maduro). Jednak wchodzę na stronę główną i czytam, jakie dodają nowe artykuły, o czym piszą tam lub na Twitterze, bo gdzie indziej - w telewizji czy też na głównych portalach informacyjnych, poza stroną www.wyborcza.pl - nikt nas nie informuje, co dzieje się w Wenezueli. Prawda, kraj może znajduje się daleko i nie mamy z nim specjalnych powiązań, ale troje zmarłych, około dwustu osób zatrzymanych przez policję, zaginieni i oświadczenie prezydenta o próbie zamachu stanu powinno się odbić jakimś echem nawet w Polsce.

12 lutego, w rocznicę Batalla de La Victoria, zwycięskiej bitwie Wenezueli w walce o niepodległość, świętuje się Dzień Młodości. Właśnie tego dnia opozycjoniści oraz popierający prezydenta chaviści wyszli na ulice. Opozycjoniści protestowali przeciwko korupcji, przemocy i inflacji. Przemarsz przez miasto odbywał się w miarę spokojnie, aż do jej rozwiązania. Wtedy zaczęły się zamieszki, porozbijano szyby w budynkach należących do budynków rządowych. Czy jednak za te czyny odpowiadają protestujący studenci, czy może jednak policja, gdyż jak twierdzą liderzy organizacji studenckich, to właśnie funkcjonariusze rzucili pierwsze kamienie w stronę budynków, aby wywołać rozruchy. W historii zdarzały się już takie wypadki. Później pojawili się Tupamaros - prorządowe uzbrojone grupy mężczyzn - i zaczęli atakować spokojnie się zachowujących studentów. Pojawiły się strzały, najpierw w niebo, później zaczął się chaos. Życie straciło trzy osoby, kilkadziesiąt jest ciężko rannych.

http://www.youtube.com/watch?v=Eu_AVaMCbJ8 - tu można zobaczyć strzały i śmierć najmłodszej z ofiar śmiertelnych, studenta Marketingu.

http://elcomercio.pe/mundo/latinoamerica/imagenes-que-venezuela-no-puede-ver-noticia1709263 - tu jeszcze filmik ze zbliżeniem na zmarłego.


Policjanci, zamiast chronić protestujących, traktowali ich gazem łzawiącym, bili, kazali się rozbierać, przemywać krwawe rany benzyną. Pojawiają się zeznania, że ktoś został zgwałcony pistoletem, komuś innemu kazano ubrać kask i walono w niego tak długo, aż się rozbił. Rozbite głowy, krwiaki, rany na całym ciele, to wszystko było dziełem służb mundurowych. Szacuje się, że około 60-70 osób jest poważnie rannych. Około 200 osób zatrzymano i wywieziono do więzienia oddalonego o wiele kilometrów od Caracas, aby nie mieli kontaktu ze swoimi rodzinami. Zatrzymanych torturowano prądem.


Prezydent Maduro zakazał transmitowania wydarzeń. Jako powód podaje działalność przeciw państwu i nawoływanie do  Jedyną telewizją, która pokazała przerażające sceny była Kolumbijska stacja NTN24. Jednak zaraz po tym przestano odbierać jej sygnał. Filmik z owej transmisji pojawił się na serwisie YouTube, jednak i ten link rząd zablokował. Zdjęcia z protestów znikały z profili na FB i Twitterze. Rząd blokuje zdjęcia, strony, filmiki. Na szczęście są sposoby, oprogramowania i strony internetowe pozwalające uniknąć blokady, polegające na zmieniającym się IP. Ale nie to jest najgorsze, ludzie zastanawiają się, czy rządowi nie wpadnie kiedyś do głowy odciąć obywatelom całkowicie dostęp do Internetu.

Na ulicach nadal jest niespokojnie. Żeby zminimalizować przepływ ludności przez stolicę i mieć nad nim większą kontrolę Maduro zawiesił funkcjonowanie metra pomiędzy niektórymi dzielnicami, szczególnie tymi, w których mieszkają liderzy opozycji i klasa średnia.

Unia Europejska i ONZ ustosunkowały się do ostatnich wydarzeń postulując o poszanowanie praw człowieka. Większość państw sąsiedzkich Wenezueli, państw Ameryki Łacińskiej nie wydały żadnych oświadczeń, udając, że nic się nie stało. To napawa goryczą serca Wenezuelczyków. Wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie.

Rozmawiałam z moim przyjacielem, mieszkańcem Caracasu. Pytałam go, czy po tym, co się zdarzyło, nie zastanawia się nad wyjazdem z kraju. Powiedział, że i owszem, ale to nie jest takie łatwe. Oprócz zwykłych problemów z załatwianiem papierów, pisaniem nieskończonej ilości petycji, pozostaje kwestia zgromadzenia finansów na podróż. Bolivary są śmieszną walutą, nie są wymienialne w żadnym innym kraju, niż Wenezuela, a tam można wymienić na dolary oficjalną drogą jedynie niewielkie kwoty. Większe, przy szczęściu, można wymienić na czarnym rynku, lecz tam będą bardzo drogie. A nawet, kiedy wszystko już będzie załatwione - dokumenty, pieniądze, to jeszcze trzeba kupić bilet na samolot, a jak już o tym pisałam w tej notce: http://inviernogalicia.blogspot.com/2014/02/zagraniczne-linie-lotnicze-zawieszaja.html - w tej chwili jest to prawie niemożliwe. Pozostaje jedna opcja. Podróż zatłoczonym autobusem (z wszystkim bagażami i pieniędzmi!) do Kolumbii i kupienie na tamtejszych lotniskach biletu. Przy czym, w Kolumbii pod względem przemocy i napadów rabunkowych, jest mniej więcej tak bezpiecznie jak w Wenezueli. Czyli wcale.


czwartek, 6 lutego 2014

Słowo o przemocy

Czyli dalej jesteśmy w Wenezueli. Mam tam nawet zaproszenie, ale skorzystam z niego chyba dopiero, gdy będę miała z 80 lat i nic do stracenia.

W Wenezueli jest po protu niebezpiecznie. Na każdym kroku zdarzają się morderstwa, porwania w celu wyłudzenia okupu, rozboje i kradzieże. O poczuciu bezpieczeństwa nie ma nawet mowy. Dobrze, jeśli człowiek zna miasto, w którym mieszka, wie, żeby nie wolno wychodzić po zmroku, wie których dzielnic unikać jak ognia, wie, że nie powinien się obnosić z bogactwem i że musi mieć oczy dookoła głowy. Mój przyjaciel, mieszkaniec Caracasu, stolicy, powiedział mi kiedyś, że podczas spaceru ulicami miasta zawsze stara się dyskretnie obserwować swoje otoczenie - to co dzieje się przed nim, zanim, obok niego. Chwila nieuwagi i może być po tobie.


Policja nie radzi sobie z taką ilością przemocy na ulicach. (A w ogóle to po przejściu na emeryturę wielu policjantów dołącza do światka przestępczości zorganizowanej - wszak kontakty ze światem przestępczym mają). Przestępcy chodzą po ulicach bezkarnie. W dodatku z roku na rok wykrywalność przestępstw spada.

Kiedy byliśmy w Hiszpanii, mój przyjaciel Wenezuelczyk dowiedział się, że porwano jego znajomego dla okupu. Zaczęto zbierać pieniądze, a w międzyczasie policja zorganizowała akcję odbijania zakładnika. Cóż z tego, skoro podczas tej akcji, policjant strzelił do zasłaniającego się zakładnikiem porywacza, oczywiście zabijając niewinnego zakładnika. To może już lepiej, żeby się nie mieszali.

Były jeszcze i inne historie. A to jak innego znajomego porwano dla okupu. Na nieszczęście porwany rozpoznał jednego z porywaczy (okazał się nim kolega z pracy), więc porywacze poniechali okupu i zabili nieszczęśnika na miejscu, żeby nie mógł nikogo wydać. A to zdarzenia widziane na ulicy: w dobrym samochodzie na czerwonym świetle młody człowiek wietrzy łokieć. W kilka sekund ma już przystawiony do głowy pistolet i od zamaskowanego mężczyzny dostaje polecenie oddania wszystkich cennych rzeczy, które ma przy sobie. Oczywiście posłusznie wykonuje rozkazy i po oddaniu portfela i torby, światło zmienia się na zielone i może już odjechać ciesząc się, że żyje. Następnym razem będzie pamiętał, żeby zamykać okno.

Dzisiaj inny znajomy też z Wenezueli napisał  na fb, że go okradli. Zabrali mu torby, które miał przy sobie, portfel, telefon i klucze. Nie odbierają, gdy próbuje się dodzwonić na swój skradziony telefon. Takie rzeczy zdarzają się na codziennie.

A teraz garść statystyk.
Caracas to drugie lub trzecie najbardziej niebezpieczne miasto na świecie i zarazem najbardziej niebezpieczna stolica świata. Przypada tam 134 zabójstwa na każde 100 tysięcy mieszkańców.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w kraju, to tutaj statystyki się różnią ogromnie, w zależności, czy są to dane oficjalne podawane przez rząd (mocno zaniżone), czy też przez organizację do spraw przemocy w Wenezueli nie związaną z rządem, która wskazuje że współczynnik morderstw jest dwukrotnie większy od tego podawanego oficjalnie. W ciągu roku to daje około 25 tysięcy Wenezuelczyków zmarłych wskutek przemocy.


A tu jeszcze jedna statystyka ukazująca ilość osób zmarłych nagle, (nie z powodu choroby lub starości), w wyniku morderstwa, wojny lub katastrof naturalnych w porównaniu z krajami, gdzie rzeczywiście prowadzone są działania wojenne. Tylko Syria przebija pod tym względem Wenezuelę.



Rady dla szaleńców (odważnych)
Tak naprawdę to ja podziwiam zapaleńców, odważnych podróżników nie bojących się nikogo ani niczego, wchodzących w sam środek dżungli lub do najbiedniejszych dzielnic ogromnego miasta. Lecz w większości są to samotnicy, ludzie, których nic nie wiąże z żadnym miejscem lub z żadną osobą. Oni mogą ryzykować.

Jeśli jednak chciałbyś zwiedzić Wenezuelę i wrócić z niej żywy to warto zadbać o swoje bezpieczeństwo.

 Twoja cera cię zdradza. Od razu widać, że jesteś Europejczykiem lub Amerykaninem. Przyjechałeś z zagranicy, więc będziesz miał dolary. Jesteś świetną potencjalną ofiarą. Jeśli jeszcze wyglądasz na zagubionego, czy niepewnego, tym gorzej dla ciebie. Nie dokładaj do tego jeszcze obnoszenia się z bogactwem. Tym razem możesz zdjąć drogie zegarki, czy biżuterię.
Unikaj środków komunikacji masowej. Tłok, upał, zmęczenie. Idealna sceneria dla drobnych kieszonkowców.
Zwiedzaj najlepiej z jakimś znajomym tubylcem, który zna swoje miasto, oprowadzi cię, pokaże to, co warto zobaczyć, a przy okazji będzie miał na ciebie oko.
Nie wychodź sam na miasto, zwłaszcza po zmroku. Nie wchodź do podejrzanie wyglądających dzielnic. 
Bądź ostrożny i uważny. Beztroskie zwiedzanie - to nie tutaj.
Nie noś ze sobą wszystkich swoich pieniędzy. Pieniądze najlepiej nosić na specjalnych torebkach wieszanych na szyi i chowanych pod koszulką, a drobne monety w portfelu.

Oczywiście zabójstwa, napady kradzieże to nie jest reguła. Ale, jak to mówią: "przezorny zawsze ubezpieczony i "strzeżonego Pan Bóg strzeże"
 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Zagraniczne linie lotnicze zawieszają sprzedaż biletów w Wenezueli

Wenezuela to ciekawy kraj - słoneczny z ciepłym klimatem, pełen otwartych ludzi różnych narodowości i kultur, a zarazem - kraj kontrastów, przemocy, biedy przypominający nieco Polskę za czasów komunizmu.
Mam tam przyjaciela. Razem z nim i jego znajomymi rozmawiałam o ostatnich wydarzeniach w ich ojczyźnie.

American Airlines, United Airlines y Copa Airlines zawiesiły tymczasowo sprzedaż biletów i Wenezuela praktycznie została odizolowana od reszty świata. Dlaczego? Ze względu na milionowy dług państwa wobec wspomnianych linii. Jak podaje wenezuelski dziennik "EL MUNDO ECONOMÍA Y NEGOCIOS" jest to suma między 3.300 a 3.600 milionów dolarów. 




 Zanim zacznę tłumaczyć skąd się wziął dług, pasowałoby jeszcze napisać kilka słów na temat sytuacji ekonomicznej w Wenezueli. Tam płaci się bolivarami. Oczywiście nie za wszystko - żeby kupić mieszkanie (prawie niemożliwe) lub samochód (to się zdarza, ale wcale nie jest łatwo) trzeba już płacić dolarami zakupionymi na czarnym rynku. Różnica między oficjalną ceną dolara a ceną dolara na czarnym rynku jest ogromna. Do tego dochodzi inflacja.

Ze względu na przewidywaną dewaluację monety między sierpniem a październikiem ogromna liczba osób zarezerwowała sobie bilety na następny rok. No i firmy lotnicze straciły na tym fortuny, ponieważ jeśli po dewaluacji linie lotnicze będą chciały wymienić bolivary uzyskane ze sprzedaży biletów otrzymają za nie o wiele mniej dolarów niż otrzymałyby pół roku temu. I nie opłaca im się wcale za tę sumę przewozić pasażerów.

Niektórzy mówili, że rządowi może to być nawet na rękę, żeby z Wenezueli nie dało się wyjechać/uciec. No chyba, że na Kubę, z którą utrzymują dobre stosunki. 

Ale to raczej nieprawda, bo rząd postanowił prowadzić negocjacje z pokrzywdzonymi liniami i zaproponował im uregulowanie długu zwracając 50% kwoty w paliwie (które w Wenezueli jest tanie jak barszcz, ponoć za euro cały bak można napełnić - bardzo wygodne ze strony rządu), 25% w gotówce i 25% w bonach.

Przez jakiś czas z pewnością trudno będzie rezerwować bilety, bez względu na to, czy linie przyjmą propozycję rządu czy nie. Ale nie jest to niemożliwe, bo już po aferze narzeczonej mojego kolegi udało się zarezerwować bilet do któregoś z państw Europy.

Nawet i bez tego całego zamieszania niełatwo wyjechać Wenezuelczykowi za granicę. Musi przygotować teczkę po brzegi wypełnioną dokumentami, uzyskać pozwolenia, wizy, a nawet jeśli ma już kupiony bilet i nie spodoba się urzędnikom na lotnisku, mogą go z niego zawrócić. Chyba, że chce pojechać na Kubę. Tam może.

Ten post miałam napisać już kilka dni temu, ale czytałam interesującą książkę i nie mogłam się od niej oderwać aż do ostatniej strony. W najbliższym czasie planuję jeszcze opublikować notkę dotyczącą jednego z największych problemów Wenezueli - przemocy. (Chyba, że znowu znajdę jakąś książkę)

 

piątek, 24 stycznia 2014

Co przywieźć do Hiszpanii, jakie prezenty spodobają się Hiszpanom?

W końcu dopadła nas zima. (W końcu - tutaj nie znaczy "nareszcie"). Dla mnie mogłoby jej w tym roku nie być. Nie przepadam za sportami zimowymi, bo na stokach, czy na lodowisku jest tak zimno, nie mam dobrego krążenia krwi w organizmie, dlatego wolę te dnie spędzać z książką przy kominku, a najchętniej przeniosłabym się na te 3, 4 miesiące do ciepłej Hiszpanii.

Przyjmijmy, że już tam jedziemy. W takim razie, trzeba się do tego wyjazdu przygotować. Jeśli będziemy mieszkać u znajomych, czy w przypadku różnego rodzaju wymian szkolnych lub studenckich - u nieznanych nam wcześniej rodzin, powinniśmy coś ze sobą zabrać. Prezenty nie muszą być duże, lecz powinny być przemyślane i związane w jakiś sposób z naszym krajem.

Zacznijmy może od naszego narodowego dobra - wódki. Nie ma się co łudzić, tak już się Polska kojarzy; jako producent i konsument napojów wyskokowych. I dobrze, bo polskie wódki, mają renomę i są uważane za dobre jakościowo. Jeśli już chodzi o rodzaj, to nie polecam czystej wódki, no chyba że obdarowane towarzystwo będzie młode i skłonne do eksperymentów. Natomiast starsze osoby (i tu myślę nawet o trzydziestolatkach!) wódki raczej nie wypiją, no może jeden kieliszek, i to wcale nie "na raz". W Hiszpanii raczej nie pija się tego typu alkoholi, oczywiście ze względu na klimat. W gorące, upalne dni, nikt nie ma ochoty sięgać po mocne alkohole, a znowu zimy nie są tak zimne, żeby trzeba się było ratować czymś rozgrzewającym.

Z tego powodu, zawiozłam moim galisyjskim przyjaciołom Żubrówkę. Już na miejscu kupiłam sok jabłkowy i raczyliśmy się drinkami. Przypadły im do gustu, chociaż jeden z nich wolał Żubrówkę pić czystą, z kieliszka. Mogłabym to jeszcze zrozumieć, gdyby ją pił jak człowiek, a nie sączył! Cóż, twierdził, że tak pita smakuje jak likier. Co kraj, to obyczaj.
Oprócz Żubrówki, myślę, że sprawdziłyby się równie dobrze różne Krupniki, Żołądkowe Gorzkie, wódki smakowe i robione domowo nalewki: porzeczkówki, malinówki, wiśniówki, czeremchówki. To idealne alkohole do sączenia.





Zostałam też poproszona o przywiezienie Becherovki. Nie jest to polski alkohol, ale Czechy niedaleko i dostać go u nas o wiele łatwiej niż w Hiszpanii. W ogóle, gdy gdzieś wyjeżdżamy, myślę, że dobrym pomysłem jest zapytanie osób, do których się wybieramy, czy jest coś co się im kojarzy z Polską, co może już jedli/pili i im posmakowało lub coś, czego chcieliby spróbować
(Jak już jesteśmy przy alkoholu - w rozmowie z moimi trzydziestokilkuletnimi gospodarzami pojawił się temat "zgonu". Okazało się, że albo nigdy "zgonu" nie zaliczyli, albo zaliczyli raz i od tej pory przestali pić tak duże ilości alkoholu... Hm....)

Cały czas pozostając przy napojach, skierujmy swoją uwagę na herbaty. Owszem, w Hiszpanii pije się herbaty i można znaleźć je w sklepach, w supermarketach, ale na pewno nie w takiej ilości i tak różnorodne jak u nas. Półki z herbatami w Hiszpanii, przypominają nasze półki z egzotycznymi przyprawami. Praktycznie nie ma wyboru. Można kupić zwykłą herbatę, pewnie jakąś zieloną, herbaty typu relaksujące, czy odchudzające i napary z rumianku albo kopru. U nas, nawet w Biedronce, kupisz herbatę z trawą cytrynową, rozgrzewającą z miodem, cynamonem i goździkami, pu - erh, białą, z płatkami bławatka, z pomarańczą i wiele, wiele innych. Herbaty są dobre do przewożenia, bo są lekkie i, w zasadzie, niewiele może im się stać podczas podróży samolotem.


A do herbaty, dobrym dodatkiem będzie sok lub syrop malinowy. Kiedy w Polsce uczyłam jedną gimnazjalistkę z Hiszpanii polskiego, wszyscy oferowali jej herbatę z sokiem malinowym albo porzeczkowym. Była chłodna jesień, więc dziewczę zachwycało się tymi rozgrzewającymi sokami. Dla niej soki z tych owoców wydawały się niezwykle egzotyczne i wyrafinowane.

Jak już się napiliśmy, wypadałoby coś zjeść. Szczególnie najmłodszym można przywieźć w prezencie polskie słodycze - pudełko Kasztanków, czy Tiki-Taków zniknie w mgnieniu oka. Nawet słodycze, które zabrałam ze sobą na podróż, takie jak Pieguski czy czekolady, kiedy zostawiłam je we wspólnej kuchni cieszyły się powodzeniem.

Żałuję, że nie wzięłam ze sobą do Hiszpanii kiszonych ogórków. Moje towarzystwo, jeśli chodzi o jedzenie, było otwarte na nowości i ciekawe polskich tradycji. Pytali o najbardziej popularne dania, a że nie jadali mięsa, pomyślałam, że taka nowość by ich nie przeraziła.



Dla kobiet starszych, młodszych, w każdym wieku - biżuteria. Nawet nie koniecznie z bursztynem, chyba że ktoś mieszka na Wybrzeżu, lecz biżuteria znanych polskich firm, niemożliwa do zdobycia w Hiszpanii. Najbezpieczniejsze chyba będą bransoletki i wisiorki, bo kolczyki ktoś może nosić długie, ktoś woleć krótkie, ktoś sztyfty, a ktoś w ogóle ich może nie zakładać. Dobrze jednak znać wcześniej gust obdarowywanej osoby.

Świetnym prezentem dla osób lubiących czytać, będą książki polskich autorów przetłumaczone na język hiszpański. Na rynku pojawia się już coraz więcej takich pozycji, jednak nie są to tanie upominki. Za niektóre książki trzeba zapłacić ponad sto złotych. Ale uważam, że warto propagować polską literaturę, choćby takiego "Wiedźmina"

Rękodzieło, cepelia. Nam się to kojarzy trochę "wiochowato" i niemodnie. Natomiast moja znajoma Hiszpanka zachwycała się futrzanymi góralskimi bamboszami, haftowanymi serwetami, filcowymi lub robionymi na drutach torbami.


Co jeszcze? Niekoniecznie coś, z czym kojarzy się cała Polska, lecz Twoje miasto, region. Miasto, koło którego teraz mieszkam nazywane jest Miastem Szkła, mieści się tu huta szkła, muzeum i można kupić cudowne pamiątki ze szkła - pudełka na biżuterię, figurki, misy, ręcznie malowane bombki i najchętniej to je właśnie bym wzięła ze sobą jako prezent - gdybym jechała samochodem. Niestety choć latanie samolotem ma wiele zalet, to jednak o bezpieczeństwo delikatnego szkła należałoby się obawiać. 
(O proszę, nawet Krety malują u nas bombki choinkowe - źródło)

piątek, 10 stycznia 2014

hiszpańsko-polskie inspiracje muzyczne - cantigas de amigo i polska wokalistka

Co najbardziej mnie zachwycało podczas mojego wyjazdu do Hiszpanii, to to, że mogłam odkrywać mój kraj na nowo. Przebywając w artystycznym środowisku, wśród ludzi, którzy interesują się literaturą, filozofią, muzyką, filmem i bóg wie, czym jeszcze, poznałam kilka polskich zespołów i wokalistów, o których wcześniej nie słyszałam, między innymi Paulinę Ceremużyńską.
Jest ona szczególnie interesująca, dlatego, że współpracuje z wieloma artystami w hiszpańskiej Galicji, z zespołem muzyki średniowiecznej Alienor, a wcześniej śpiewała w polskim zespole Pressus. Wydała dwa albumy - "Cantigas de amor e de amigo" oraz "E moiro-me d’amor".

 Gatunek pieśni, które wykonuje, nazywa się cantiga de amigo czyli pieśni o przyjacielu (ukochanym). W czasach średniowiecza istniał język galicyjsko-portugalski, był to język literacki, kastylijski wtedy uważano za język plebsu. W gallego-portuges pisano także i śpiewano pieśni o przyjacielu.
W odróżnieniu od pieśni trubadurów, tutaj pieśni wykonywały kobiety. Bohaterką utworu była zazwyczaj dziewczyna, której ukochany gdzieś wyjechał, np. na wojnę, a ona skarżyła się na swój los, czy pytała wiatry i rzeki, gdzie jest jej przyjaciel.
Słowa piosenek układali zawsze mężczyźni, wśród autorów znalazł się nawet król Portugalii, Denis.

Tu możecie znaleźć jej piosenki:
Paulina Ceremuzynska


Na południu Półwyspu także nie próżnowano. A było to wtedy ciekawe miejsce. W miarę pokojowo żyli w krainie zwanej Al-Andalus zasymilowani Żydzi i Arabowie wraz z katolikami. W tej barwnej mieszance kulturowej  powstały tam utwory literacko-muzyczne zwane moaxaja, które przypominały tematem cantigas de amigo. Bohaterkami utworów były dziewczyny opowiadające historię swojej miłości matkom lub siostrom. Te utwory pisano po arabsku, lecz ich ostatnią zwrotkę jarchę tworzono w języku potocznym mozarabskim - mieszance języka arabskiego z potoczną łaciną (nie mylić z kuchenną!;)) i zapisywano w alfabecie arabskim. To muzyka dla miłośników kultury i klimatów arabskich.

Przykład moaxaji tu:
http://www.youtube.com/watch?v=1K_dr8VDMiw&list=PLE1D1613E8406006A


Kolejnego odkrycia dokonałam pisząc ten post. Chciałam dodać kilka słów o Cantigas de Santa Maria, które były bardzo popularne w XIII wieku. Tak popularne, że sam król Hiszpanii, Alfonso X stworzył najbardziej znany ich zbiór. Pieśni oczywiście powstały w języku galisyjsko-portugalskim. Najczęściej traktują o cudach dokonanych za wstawiennictwem Maryi.

No i okazało się, że i w Polsce, nie jest to całkiem nieznany temat. Płytę "Cantigas de Santa Maria" wydał Maciej Maleńczuk w 2006 roku. Różni się pod wieloma względami od reszty jego utworów. Można na niej znaleźć piosenki w gallego-portugues, pieśni przetłumaczone na język polski i apokryfy o świętych napisane przez Maleńczuka.  Te ostatnie wydają się szczególnie interesujące i bardziej współczesne, ale cała płyta godna jest polecenia.

po polsku "Santa Maria Loei"

Popisy Maleńczuka w gallego-portugues "Madre de Deus"

i z pieśni o świętych "Adam"