poniedziałek, 24 marca 2014

Przysmaki kuchni galisyjskiej

Poznawanie danego kraju poprzez poznawanie tradycyjnych potraw, smaków charakterystycznych dla jakiegoś regionu, obserwowanie zwyczajów przy stole - jest tak samo ważne jak zwiedzanie zabytków, a nawet czasami może okazać się ważniejsze, a już na pewno dopełni obraz, jaki tworzymy sobie w głowie poznając nowe miejsce i jego mieszkańców.
Ja uwielbiam jedzenie, do tego dobre wino i przyjazną, pełną luzu atmosferę. Tego akurat w Hiszpanii nie brakuje! W dodatku nie mam oporów przed próbowaniem czegokolwiek. Tu akurat prym wiodą owoce morza, które zachwyciły mnie jedynie na pizzy oraz mejillones (czyli omułki) w oliwie i ostrym sosie, które można kupić w każdym supermarkecie, i które postanowiłam nawet przywieźć do domu.

A to przysmaki na murze nad wodą.

Menu dnia

W Hiszpanii można zjeść dużo, dobrze i niedrogo. Jeśli chodzi o Galicję, to nawet w miejscu przypominającym nasz Kraków, duchowym i kulturowym centrum regionu - można wstąpić na kawę za 1-2 euro, a obiad za niewiele więcej. Najlepszą opcją jest poszukanie jakiejś karczmy/jadłodajni/restauracji z interesującym nas menu. Każde miejsce, serwujące posiłki, zobowiązane jest do posiadania Menu del día czyli menu dnia. 



W skład tego menu wchodzą zazwyczaj: pierwsze danie (może to być zupa, ale również empanada czy sałatka), drugie danie (tu już do wyboru zazwyczaj kawałek mięsa albo ryby z ziemniakami i zieleniną), chleb (obowiązkowy w kuchni hiszpańskiej do każdego dania, oprócz deseru. Można nim wyczyścić talerz po jedzeniu, doskonale zapycha w oczekiwaniu na kolejne dania.), napoje (tu można wybrać między wodą, a winem, czyli zdecydowanie najlepszą opcją. Na dwie osoby przynoszono nam zazwyczaj butelkę stołowego, regionalnego lub domowego wina), oraz kawę albo deser. Przy pierwszym i drugim daniu można wybierać z kilku podanych opcji. I za to wszystko płaciłam zazwyczaj 7 lub 8 euro. Pokażcie mi teraz polską restaurację w której zjem dwudaniowy obiad z deserem i dwiema lampkami wina za 30 zł ;)
Zazwyczaj siedzieliśmy w restauracji ok. dwóch godzin. Pierwszą przeznaczaliśmy na konsumpcję, a drugą na odpoczynek (bo nie mogliśmy się ruszyć!) i spokojne sączenie drugiej lampki wina.

Jednak trzeba pamiętać, że od 14.00 do 17.00 nie znajdziemy żadnej otwartej restauracji, bo to pora sjesty i lokale są zamykane. Ten czas najlepiej poświęcić na spacery uliczkami miasta, wizytę w parku lub zwiedzanie kościołów czy katedr. 

Dania kuchni galisyjskiej :

Zacznę może od empanady. Empanada tp bardzo galisyjskie danie, przypominające nieco pizzę, zwłaszcza, jeśli chodzi o ciasto, choć o wiele bardziej dietetyczną, bo bez sera.  Podobno była już znana w VII wieku naszej ery. Nadzienie empanady przykrywane jest wierzchnią warstwą ciasta. Podstawę farszu stanowi cebula z przyprawami smażona na oliwie oraz papryka. Do tego dochodzą tradycyjne galisyjskie produkty, a więc może to być empanada z ośmiornicą, z omułkami, tuńczykiem, sardynkami, a dla tych nie lubiących zimnokrwistych stworzeń - empanada z wieprzowiną, chorizo albo z mięsem z królika. Nadzienie wegetariańskie także da się stworzyć. Jest równie smaczna na zimno, jak i na gorąco. Kolejna przewaga nad pizzą ;) Oprócz zwyczajnych obiadów, podaje się ją także podczas świąt. Jest to świetne danie i jadłam je wiele razy w Hiszpanii, a także w Polsce, gdyż mojej mamie bardzo się spodobało i nauczyła się je robić. Równie dobrze jak Hiszpanie.


Pulpo - czyli ośmiornice. W Galicji pulperías można spotkać w każdym większym mieście. To restauracje, w których można spróbować ciekawych przysmaków ze świeżych ośmiornic. Są jednak o wiele droższe od zwykłych restauracji. Obiady mogą tam kosztować i 50 euro. Samą ośmiornicę jadłam ugotowaną przez znajomą Hiszpankę i nie była zła, choć najbardziej z całego dania smakował mi sos z oliwy i papryki, a chyba nie o to chodziło. Smakowała raczej mdło i nieco gumowo. Ale, co kto lubi. 


  
 
Jakbym miała wytłumaczyć co to jest cocido gallego, określiłabym to jako zupę wszystko. To potrawa, którą jedliśmy bodajże w stolicy Galicji podczas zimnego i wietrznego dnia i nie dość, że doskonale nas ogrzała, to jeszcze okazała się wyśmienita. Wzięliśmy ją na pierwsze danie, ale szczerze powiedziawszy, drugie i deser nie byłyby potrzebne. W skład tej zupy wchodzą różne rodzaje mięsa: cielęcina, wieprzowina, kurczak, hiszpańskie kiełbaski chorizo, warzywa, np. kapusta, pietruszka oraz warzywa strączkowe: fasola, ciecierzyca, a także takie dodatki jak gotowane jajka. Za jego powstaniem stoi najprawdopodobniej zaradność gospodyń, które nie chcąc marnować jedzenia, wrzucały resztki do jednego garnka. 
Byłam już trochę zmęczona zwiedzaniem, jednak każda łyżka tej zupy przywracała mnie do życia. I naprawdę nie mogłam powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu pełnego satysfakcji. Szczerzyliśmy się do siebie jak idioci nad talerzami cocido gallego, co powinno chyba wystarczyć za całą recenzję tego wyśmienitego dania.

No tak, może niesłusznie nazywam to zupą, bo płynu w tym daniu jest raczej niewiele. Za to mnóstwo dodatków. źródło

Jako, że mieszkaliśmy w domu wypełnionym wegetarianami, staraliśmy się dostosować do ich diety i gotując w domu przyrządzaliśmy wegetariańskie potrawy. Braki w mięsie uzupełnialiśmy podczas zwiedzania miast. Jednak ojciec jednego z naszych gospodarzy miał Churrascaríę czyli restaurację w której serwuje się churrasco, czyli różne rodzaje mięsa pieczone na grillu. Tradycja churrasco przybyła do Galicii wraz z napływem imigrantów z Argentyny. Żeby było jeszcze piękniej, jako przyjaciele rodziny, mieliśmy płacić jedynie za napoje, a mięso dostawaliśmy gratis. Siedzieliśmy w gronie rodziny znajomego: kuzynek, cioć, wujków, którzy byli tak głośni i sympatyczni, a zarazem nie przejmujący się drobiazgami i mający pozytywne podejście do jedzenia, że poczułam się jak w domu (też mam dużą, głośną i otwartą rodzinę). Konsumowaliśmy głównie żeberka, palce lizać, oraz ziarna słonecznika, takie do łuskania, na których punkcie Hiszpanie mają jakiegoś bzika. Bardzo się zdziwili, gdy powiedziałam im, że w Polsce niełuskane ziarna też można kupić, a my mamy przy domu nawet posadzone słoneczniki i nie służą one wyłącznie do ozdoby. Zapunktowałam, gdy zaczęłam wycierać chlebem deskę, na której przynoszono żeberka, żeby wybrać przepyszny tłuszcz. 


Jeśli chodzi o desery, to najbardziej znana jest Tarta de Santiago, aczkolwiek do szczególnie tanich nie należy. Jadłam ją raz, w Santiago de Compostela, w ekonomicznej jak zwykle cenie, bo jakimś cudem trafiłam do restauracji, w której można ją było wybrać na deser w menu dnia. To pyszne, lekkie ciasto, posypane cukrem pudrem, którego głównymi składnikami są migdały, jajka, cukier i masło. Smaku dodaje także cynamon i starta skórka z cytryny. Tarta nie zawiera za to mąki. Wierzch zdobi krzyż świętego Jana.


 Napoje

Jeśli chodzi o napoje do posiłku, to najlepsze będą lokalne wina. I tu dobrze jest popytać mieszkańców danego regionu, co polecają, bo jednak przeciętnie znają się na tym alkoholu lepiej niż Polacy, a nawet mogą się obrazić. Nasi gospodarze w żartach twierdzili, że zagraliśmy niepatriotycznie przynosząc im do domu hiszpańskie, a nie galisyjskie wino. Trzeba pamiętać o dużej odrębności regionów autonomicznych w Hiszpanii. 
Można kupić też piwo, ale cenowo i objętościowo wychodzi gorzej od wina (jeszcze zależy jaki gatunek). Najpopularniejszym piwem jest Estrella Galicia, przypominająca trochę nasze pilsy.


 A dla tych co wolą słodsze trunki - galisyjski likier kawowy.


To  w dużym skrócie o kuchni galisyjskiej, niedługo napiszę także post o szeroko pojętej kuchni hiszpańskiej. Chociaż co region, to inne dania królują na stołach.


Teraz żałuję, że nie robiłam na miejscu zdjęć potrawom, którymi się raczyłam, ale nie chciałam wyjść na hipstera ;)

sobota, 15 marca 2014

Castro de Baroña - pozostałości po Celtach w Hiszpanii

Od dzieciństwa fascynowała mnie Irlandia - szmaragdowa wyspa, magia, jakaś pierwotna dzikość. Jeszcze nie udało mi się jej odwiedzić, ale w Hiszpanii dwa razy poczułam jej ducha. Możliwe, że przyczyniła się do tego poniekąd była pora roku, w której przebywałam na Półwyspie Iberyjskim, czyli późna jesień i chłodna, miejscami deszczowa aura.
Pokrewieństwo między tymi państwami istnieje i to nawet wyraźne, gdy się przyjrzeć uważniej. Celtowie przybyli na Półwysep Iberyjski jeszcze przed Grekami. Na miejscu zastali Iberów. Ale czy przybycie było wynikiem jakiegoś aliansu, paktu, czy był to zwykły najazd - nie wiadomo. Następnie Celtowie trochę zasymilowali się z Iberami, szczególnie jeśli chodzi o technologię czy kulturę. Nie znaczy to, że byli jednak jakimś zjednoczonym ludem. Byli podzieleni na dziesiątki różnych plemion. Celtoiberowie zamieszkiwali Półwysep Iberyjski od XIII w. p.n.e do II w. p.n.e - czyli do czasu dominacji Rzymian w Hiszpanii.


Celtyckie wpływy obecne są w kulturze (tutaj przykładem może być Międzynarodowy Festiwal Muzyki Celtyckiej, podczas którego oprócz wzięcia udziału w koncertach znanych zespołów, można spróbować swoich sił podczas warsztatów tanecznych czy rzemiosła),  mitologii, w nazwach miejscowości i w niektórych galisyjskich słowach, a przede wszystkim  w pozostałościach zabudowań. Taka warowna osada nazywa się Castro.

W Hiszpanii jest ich wiele, najwięcej w prowincji La Coruña. Niektóre zachowały się w całkiem niezłym stanie, inne ujrzały na nowo światło dzienne dzięki staraniom archeologów i dotacjom pozwalającym na rekonstrukcję tych wspaniałych zabytków z epoki żelaza. 

Na zdjęciu Castro de Borneiro


A mi udało się odwiedzić Castro de Baroña - jedną z najpiękniejszych pozostałości celtyckich fortyfikacji, szczególnie ze względu na położenie. I dzięki dobremu planowaniu mojego znajomego, dotarliśmy tam, w chwili, gdy słońce wisiało już nisko nad oceanem, rzucając na skały i kamienne ruiny magiczny pomarańczowo-złoty blask.



Zaczyna się tak: wychodzisz z lasu na plażę, która przechodzi miejscami we wrzosowisko i idziesz nią, aż w końcu zwężenie tego małego półwyspu, otworzy się na skaliste wzniesienie, na którym Celtowie postanowili zbudować swoją osadę. To wszystko obmywa ocean. Dla mnie, mieszkanki południowo-wschodniej Polski - morze (nawet Bałtyckie) to już jest coś. A co dopiero ocean.


Dla Hiszpanów pochmurny listopadowy dzień ze średnią temperaturą w wysokości jakiś 17 stopni i dość mocnym wiatrem nie zachęca do wychodzenia z domu. Dlatego w Castro de Baroña byliśmy tylko we dwójkę. I aż nie chciało mi się rozmawiać, żeby nie zepsuć nastroju tego miejsca i tej chwili; ogromu oceanu, zachodzącego słońca i tego nieziemskiego celtyckiego klimatu.


Jeśli chodzi o obronność, Castro de Baroña, było jednym z najlepiej usytuowanych castros z całej Hiszpanii. Z trzech stron otaczała je woda a do osady prowadził tylko wąski przesmyk, którego z powodzeniem mogła bronić garstka ludzi. Atak z oceanu także nie wchodził w grę, bo pomijając już silnie uderzające w brzeg fale, osada nie miała ani skrawka plaży na której wrogowie (w tym wypadku najczęściej Rzymianie) mogli by wylądować. Z wody wystawały jedynie wysokie i śliskie skały (więc nici z wspinaczki). Ponadto castro otaczał w najłatwiej dostępnych miejscach potrójny mur.


Te kamienne okręgi to pozostałości po domach, w których mieszkali Celtowie. We wszystkich castros domy były budowane na planie koła. Co ciekawe, jak wynika z badań archeologicznych przy użyciu współczesnych metod, owe domy nie miały okien, ani nawet drzwi wejściowych, przynajmniej takich, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Przypuszcza się, że do budynku wchodziło się przez otwór w dachu. Wnętrze mogło być nieco klaustrofobiczne, bo nie dość, że na niewielkiej przestrzeni gnieździła się całkiem liczna, prawdopodobnie wielopokoleniowa rodzina, to jeszcze ciemne i zadymione, bo palenisko musiało być w każdym domu. Dobrze, że chociaż zwierząt nie trzymali wewnątrz lecz pozwalali im paść się wolno na pobliskich łąkach.


Mieszkańcy tego castro byli prawie, że całkowicie samowystarczalni. Żywili się przede wszystkim rybami i owocami morza. Hodowali kozy i owce. Jedynym problemem mogło być zdobycie wody pitnej, po którą trzeba się było udać poza osadę.


Okolica Castro de  Baroña także przedstawia się atrakcyjnie. W pobliżu zabytkowej osady znajduje się piękna plaża, która odgrywała bardzo dużą rolę w filmie "Mar adentro", po polsku "W stronę morza" z Javierem Bardemem

Wszystkie zdjęcia autorstwa Xabiera Vazqueza. 

niedziela, 9 marca 2014

Dalsze protesty w Wenezueli, zdjęcia


Sytuacja w Wenezueli się nie poprawiła i nie wygląda na to, żeby miała się poprawić. Jest już 21 osób zmarłych podczas protestów, ponad setka zatrzymanych (według nieoficjalnych źródeł liczba ta dochodzi do pięciuset), torturowani. Ulice przypominają Majdan - płonące ulice, gaz łzawiący kierowany w stronę protestujących, całkiem niewinnych osób bądź budynków mieszkalnych.


Rządowe Grupy Militarne i policja strzelają do protestujących studentów. Ale nie wszyscy. Zdarzają się takie sytuacje, że opuszczają szeregi i idą bronić protestujących lub rzucają się na chcących wyrządzić studentom krzywdę kolegów.


Ale i protestujący nie są jednomyślni. Opozycja antyrządowa w tej chwili nawołuje do zachowania spokoju, ale nikt ich nie słucha. Protesty wybuchają w zasadzie spontanicznie. Część protestujących twierdzi, że zakończy protesty dopiero gdy prezydent Maduro ustąpi z urzędu, ale na to nie można za bardzo liczyć, tak samo jak na ucieczkę w stylu Janukowycza. 


Co na to rząd? Oczywiście uważa protestujących za wrogów ludu szukających przemocy, których należy brutalnie spacyfikować. Nazywa ich faszystami. Takich zdjęć jak te, czy filmów ukazujących tortury, strzelaniny, zabójstwa nie można zobaczyć w wenezuelskiej telewizji, a i  strony internetowe są blokowane w imię zapisu konstytucyjnego, pozwalającego podejmować takie kroki, w imię obrony interesu publicznego i chronienia ludzi przed chaosem.


Czy wszyscy protestują? Oczywiście, że nie. Tysiące mieszkańców faweli (dzielnic nędzy) nie wie (lub "coś tam słyszało, ale co to kogo obchodzi) nic o protestach, bo zajęci są pilniejszą walką. Walką o przeżycie. Bo nie jest łatwo zarobić tyle, żeby mieć co do garnka włożyć. Nie z galopującą inflacją i coraz bardziej pogarszającą się sytuacją ekonomiczną kraju.


A do tego Rzecznik Praw Człowieka broniący tych, którzy je łamią. Rzeczniczka praw człowieka uznała, że  protestujący odpowiadają za większość zabójstw, a jeśli chodzi o tortury, to powiedziała:

"Tortury mają znaczenie, z tego powodu my musimy być bardzo dokładni jeśli chodzi o użycie terminów, tortury przeprowadza się, żeby otrzymać... sprawia się ból, cierpienie fizyczne komuś, żeby zdobyć zeznanie, i musimy to odróżnić od tego czym jest nadużycie lub użycie siły nieproporcjonalnej do sytuacji i na bazie tego, czy jest to tortura, czy okrutne postępowanie, nieludzkie i poniżające, ustala się wysokość kary"*




piątek, 21 lutego 2014

Słowo o hiszpańskich zwyczajach

czyli notka dla mojego zdrowia psychicznego, bo kolejna będzie znowu o Wenezueli, gdzie jet już 6 ofiar śmiertelnych. Czytam artykuły, oglądam krótkie filmiki z torturami albo zabójstwami i przeżywam to wszystko. Dlatego dziś będzie miło, łatwo i przyjemnie.

Całowanie się.



(Na powitanie oczywiście). Lub na pożegnanie. Kiedy zostajemy przedstawieni nowej osobie. Całujemy się dwa razy - to znaczy po jednym razie w każdy policzek. Od którego zaczynamy, to trzeba już wyczuć. I co ważne, nie podajemy wtedy przy tym ręki jak u nas podczas gratulacji, czy wręczania prezentów lecz możemy położyć dłonie na ramionach czy przedramionach witanej osoby. Od biedy, jak jesteśmy bardziej nieśmiali, możemy je trzymać przy sobie, ale to wyjdzie sztywno.
Oczywiście na początku może nam się mylić i zostaniemy z trzecim buziakiem "w powietrzu". Ja z tym akurat nie miałam problemu, ale zawsze chciałam podawać rękę...

Buty.





Butów po prostu nie ściągamy. Gospodarz nie powie gościom "Proszę nie ściągajcie butów" jak już będą mieli je w połowie zdjęte, jak to często się zdarza w Polsce, bo nie przyszłoby mu nawet do głowy, że zaproszona osoba może zechcieć zdjąć obuwie. To rozumiem. Ale w deszczowej Galicii ludzie chodzą po swoich domach w butach, w których właśnie byli na spacerze. Może nie cały czas, ale np., jak mają godzinę czy dwie sjesty zanim wrócą do pracy, nie zmieniają ich na pantofle. Kiedy mieszkałam przez trzy tygodnie w małym galisyjskim miasteczku wchodziłam na piętro w moich mokrych motocyklowych butach i tam przebierałam je na pantofle, bo mi było w nich wygodniej. I byłam jedyną osobą chodzącą tam w pantoflach. Wydaje mi się to całkiem zrozumiałe w lecie lub w innych miejscach Hiszpanii, gdzie przez cały rok jest w miarę sucho. Ale Galicia do takich miejsc jesienią i zimą nie należy.


Spóźnianie się. 






Spóźnianie się jest całkiem kulturalne. To znaczy ty możesz przychodzić dokładnie na umówioną godzinę lub chwilkę przed czasem, lecz wtedy trzeba liczyć się z tym, że będziesz musiał czekać 15 - 20 minut zanim przyjdzie osoba, która się z tobą umówiła. Dla Hiszpanów czas płynie inaczej i nie spotkasz się z nerwowością w supermarketach, krzywych spojrzeniach, że za wolno pakujesz zakupy, krzykach czy irytacji (to szczególnie dobra opcja dla kobiet ;) że wybierasz się za długo i nie zdążycie. A już nigdy, przenigdy nie przychodźcie w gości na jakąś imprezę na czas. Okaże się, że gospodyni jeszcze nie ubrana, dania nie przygotowane, a mieszkanie czeka na sprzątanie. Przyjdziecie pół godziny później, załapiecie się na pomaganie w kuchni, czy układanie naczyń. Godzinne spóźnienie jest całkiem w porządku. Nawet większe spóźnienie nie spotka się ze złym przyjęciem. Spóźniłeś się, znaczy musiałeś coś załatwić, spotkałeś kogoś, musiałeś odbyć długą rozmowę z dziewczyną. A kogo to obchodzi? Jesteś, to dobrze. Może będziesz miał nieco mniejszy wybór jedzenia, ale nikt nie będzie marudził.


Pozdrawianie się na ulicy.

Rianxo - małe galicyjskie miasteczko z liczącymi sobie wiele lat murami i wąziutkimi uliczkami, w których ledwo mieścił się jeden samochód. Panikowałabym, gdybym miała tam sama prowadzić.


Oczywiście nie w dużym turystycznym mieście. Ale jeśli idziesz poprzez małe miasteczko i mijasz się z kimś idącym z naprzeciwka, mówicie sobie "Hola", ewentualnie, gdy osoba jest starsza (dużo starsza) "Buenos días". Jest to bardzo sympatyczny zwyczaj, zwłaszcza gdy jesteśmy zgubieni, omija nas zaczepianie przechodzącej osoby, gdy chcemy zapytać o drogę. Poza tym ludzie patrzą sobie w twarze i uśmiechają się, a nie idą z wzrokiem wbitym w chodnik jakby szukali tam zagubionych groszy...

Sposób ścielenia.


Ścielenie łóżka "po hiszpańsku" jest o wiele bardziej skomplikowane niż "po polsku". Nie ma tam kołder. Ich rolę przejęły koce. A więc jest najpierw materac. Na materac kładzie się prześcieradło. Na to prześcieradło na którym śpimy kładzie się coś w rodzaju poszewki, ale koce układa się na niej, a nie wsadza do środka. Ilość koców zależy od regionu Hiszpanii i pory roku. Poszewkę zakłada się w ten sposób, aby wystawała z czterdzieści centymetrów na wierzchu ostatniego koca, w ten sposób, abyśmy nie dotykali twarzą koców, lecz poszewki, i to wszystko w ten sposób ułożone wkłada się pod materac. Później należy się w jakiś sposób wczołgać pod tę konstrukcję, starając się jej nie rozwalić. Przyznam szczerze, że w deszczowej Galicii marzłam pod czterema kocami, przynajmniej pościelonymi w ten sposób, przypuszczam, że jeśli zawinęłabym się w nie, zamiast wchodzić "w tunel" byłoby mi cieplej. Za to poduszki - takie jak na obrazku - są cudowne; płaskie i tak długie jak szerokość łóżka.

Im bliżej wyjścia tym drożej.

Jesienią, w deszczowej Galicii może tak nie jest. Co prawda, i tak zdarzało się, że jedliśmy obiad w lokalu, a butelkę wina zabieraliśmy do ogródka, za zgodą kelnera/kelnerki. Ale w innych częściach Hiszpanii lub w innej porze roku - kawa, herbata, jedzenie może różnić się ceną w zależności od tego, czy siadamy przy barze, czy przy stoliku, czy w ogródku/tarasie. I to znacznie. Może to być 1 euro za kawę przy barze, a 3 euro za kawę na tarasie w tym samym lokalu. Z pewnością w lecie spędza się czas przyjemniej na zewnątrz niż wewnątrz klimatyzowanego (lub nie) pomieszczenia. Czy jest to warte 2-3 euro? Zależy od tego ile mamy w portfelu;)

Sjesta.


Osławiona sjesta. Czy rzeczywistość wygląda tak, że o danej godzinie po południu wszyscy Hiszpanie śpią jak dzieci? Oczywiście, że nie. Zazwyczaj są to ok. 3 godziny w środku dnia, czyli od 14.00 - 17.00 przeznaczone na przerwę od pracy ze względu na nieznośny upał panujący o tej porze. Hiszpanie wracają wtedy do domu (jeśli mieszkają niedaleko pracy) lub wychodzą na obiad ze znajomymi na miasto. Jeśli są zmęczeni, ucinają sobie drzemkę, ale jest to mniej więcej tak samo popularne jak w Polsce. Jednak to bardzo ważne, żeby pamiętać o sjeście wybierając się na całodniową wycieczkę, bo może okazać, że będziemy chcieli zjeść obiad o 15 i nie znajdziemy ani jednego otwartego lokalu. Więc albo wczesny obiad o 13 albo trzeba poczekać do ponownego otwarcia barów o 17.

Hiszpanie są głośni.

Są głośni, towarzyscy i otwarci. Co prawda przy stole ciężko może być przekrzyczeć Polakowi wszystkich, żeby się wypowiedzieć na jakiś temat, ale jak bardzo chce, to może się udać. Dzieci za to krzyczą tak samo, nie ciszej, nie głośniej, jak polskie. W hiszpańskiej szkole czułam się tak samo jak w polskiej. Znajomi Andaluzyjczycy podczas wizyty w Polsce na widok szkolnej wycieczki żartowali, że dzieci musiały być z Hiszpanii - tak głośno się zachowywały. Co oznacza, że jeśli dzieci są takie same i tu, i tam, że nasza kultura w jakiś sposób ogranicza spontaniczne zachowanie przedkładając nad nie umiar, spokój i "nie wychylanie się". A ja chciałabym krzyczeć jak Hiszpanie, ale na to jest już za późno!








poniedziałek, 17 lutego 2014

Dzień Młodości - protesty, przemoc, tortury, zatrzymania i zabójstwa w Caracas oraz w innych wenezuelskich miastach

Z niepokojem otwieram teraz Facebooka, teraz odkąd mam kilku Wenezuelczyków w znajomych i to, Wenezuelczyków będących w opozycji (wcześniej do Chaveza, teraz do rządów prezydenta Nicolasa Maduro). Jednak wchodzę na stronę główną i czytam, jakie dodają nowe artykuły, o czym piszą tam lub na Twitterze, bo gdzie indziej - w telewizji czy też na głównych portalach informacyjnych, poza stroną www.wyborcza.pl - nikt nas nie informuje, co dzieje się w Wenezueli. Prawda, kraj może znajduje się daleko i nie mamy z nim specjalnych powiązań, ale troje zmarłych, około dwustu osób zatrzymanych przez policję, zaginieni i oświadczenie prezydenta o próbie zamachu stanu powinno się odbić jakimś echem nawet w Polsce.

12 lutego, w rocznicę Batalla de La Victoria, zwycięskiej bitwie Wenezueli w walce o niepodległość, świętuje się Dzień Młodości. Właśnie tego dnia opozycjoniści oraz popierający prezydenta chaviści wyszli na ulice. Opozycjoniści protestowali przeciwko korupcji, przemocy i inflacji. Przemarsz przez miasto odbywał się w miarę spokojnie, aż do jej rozwiązania. Wtedy zaczęły się zamieszki, porozbijano szyby w budynkach należących do budynków rządowych. Czy jednak za te czyny odpowiadają protestujący studenci, czy może jednak policja, gdyż jak twierdzą liderzy organizacji studenckich, to właśnie funkcjonariusze rzucili pierwsze kamienie w stronę budynków, aby wywołać rozruchy. W historii zdarzały się już takie wypadki. Później pojawili się Tupamaros - prorządowe uzbrojone grupy mężczyzn - i zaczęli atakować spokojnie się zachowujących studentów. Pojawiły się strzały, najpierw w niebo, później zaczął się chaos. Życie straciło trzy osoby, kilkadziesiąt jest ciężko rannych.

http://www.youtube.com/watch?v=Eu_AVaMCbJ8 - tu można zobaczyć strzały i śmierć najmłodszej z ofiar śmiertelnych, studenta Marketingu.

http://elcomercio.pe/mundo/latinoamerica/imagenes-que-venezuela-no-puede-ver-noticia1709263 - tu jeszcze filmik ze zbliżeniem na zmarłego.


Policjanci, zamiast chronić protestujących, traktowali ich gazem łzawiącym, bili, kazali się rozbierać, przemywać krwawe rany benzyną. Pojawiają się zeznania, że ktoś został zgwałcony pistoletem, komuś innemu kazano ubrać kask i walono w niego tak długo, aż się rozbił. Rozbite głowy, krwiaki, rany na całym ciele, to wszystko było dziełem służb mundurowych. Szacuje się, że około 60-70 osób jest poważnie rannych. Około 200 osób zatrzymano i wywieziono do więzienia oddalonego o wiele kilometrów od Caracas, aby nie mieli kontaktu ze swoimi rodzinami. Zatrzymanych torturowano prądem.


Prezydent Maduro zakazał transmitowania wydarzeń. Jako powód podaje działalność przeciw państwu i nawoływanie do  Jedyną telewizją, która pokazała przerażające sceny była Kolumbijska stacja NTN24. Jednak zaraz po tym przestano odbierać jej sygnał. Filmik z owej transmisji pojawił się na serwisie YouTube, jednak i ten link rząd zablokował. Zdjęcia z protestów znikały z profili na FB i Twitterze. Rząd blokuje zdjęcia, strony, filmiki. Na szczęście są sposoby, oprogramowania i strony internetowe pozwalające uniknąć blokady, polegające na zmieniającym się IP. Ale nie to jest najgorsze, ludzie zastanawiają się, czy rządowi nie wpadnie kiedyś do głowy odciąć obywatelom całkowicie dostęp do Internetu.

Na ulicach nadal jest niespokojnie. Żeby zminimalizować przepływ ludności przez stolicę i mieć nad nim większą kontrolę Maduro zawiesił funkcjonowanie metra pomiędzy niektórymi dzielnicami, szczególnie tymi, w których mieszkają liderzy opozycji i klasa średnia.

Unia Europejska i ONZ ustosunkowały się do ostatnich wydarzeń postulując o poszanowanie praw człowieka. Większość państw sąsiedzkich Wenezueli, państw Ameryki Łacińskiej nie wydały żadnych oświadczeń, udając, że nic się nie stało. To napawa goryczą serca Wenezuelczyków. Wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie.

Rozmawiałam z moim przyjacielem, mieszkańcem Caracasu. Pytałam go, czy po tym, co się zdarzyło, nie zastanawia się nad wyjazdem z kraju. Powiedział, że i owszem, ale to nie jest takie łatwe. Oprócz zwykłych problemów z załatwianiem papierów, pisaniem nieskończonej ilości petycji, pozostaje kwestia zgromadzenia finansów na podróż. Bolivary są śmieszną walutą, nie są wymienialne w żadnym innym kraju, niż Wenezuela, a tam można wymienić na dolary oficjalną drogą jedynie niewielkie kwoty. Większe, przy szczęściu, można wymienić na czarnym rynku, lecz tam będą bardzo drogie. A nawet, kiedy wszystko już będzie załatwione - dokumenty, pieniądze, to jeszcze trzeba kupić bilet na samolot, a jak już o tym pisałam w tej notce: http://inviernogalicia.blogspot.com/2014/02/zagraniczne-linie-lotnicze-zawieszaja.html - w tej chwili jest to prawie niemożliwe. Pozostaje jedna opcja. Podróż zatłoczonym autobusem (z wszystkim bagażami i pieniędzmi!) do Kolumbii i kupienie na tamtejszych lotniskach biletu. Przy czym, w Kolumbii pod względem przemocy i napadów rabunkowych, jest mniej więcej tak bezpiecznie jak w Wenezueli. Czyli wcale.


czwartek, 6 lutego 2014

Słowo o przemocy

Czyli dalej jesteśmy w Wenezueli. Mam tam nawet zaproszenie, ale skorzystam z niego chyba dopiero, gdy będę miała z 80 lat i nic do stracenia.

W Wenezueli jest po protu niebezpiecznie. Na każdym kroku zdarzają się morderstwa, porwania w celu wyłudzenia okupu, rozboje i kradzieże. O poczuciu bezpieczeństwa nie ma nawet mowy. Dobrze, jeśli człowiek zna miasto, w którym mieszka, wie, żeby nie wolno wychodzić po zmroku, wie których dzielnic unikać jak ognia, wie, że nie powinien się obnosić z bogactwem i że musi mieć oczy dookoła głowy. Mój przyjaciel, mieszkaniec Caracasu, stolicy, powiedział mi kiedyś, że podczas spaceru ulicami miasta zawsze stara się dyskretnie obserwować swoje otoczenie - to co dzieje się przed nim, zanim, obok niego. Chwila nieuwagi i może być po tobie.


Policja nie radzi sobie z taką ilością przemocy na ulicach. (A w ogóle to po przejściu na emeryturę wielu policjantów dołącza do światka przestępczości zorganizowanej - wszak kontakty ze światem przestępczym mają). Przestępcy chodzą po ulicach bezkarnie. W dodatku z roku na rok wykrywalność przestępstw spada.

Kiedy byliśmy w Hiszpanii, mój przyjaciel Wenezuelczyk dowiedział się, że porwano jego znajomego dla okupu. Zaczęto zbierać pieniądze, a w międzyczasie policja zorganizowała akcję odbijania zakładnika. Cóż z tego, skoro podczas tej akcji, policjant strzelił do zasłaniającego się zakładnikiem porywacza, oczywiście zabijając niewinnego zakładnika. To może już lepiej, żeby się nie mieszali.

Były jeszcze i inne historie. A to jak innego znajomego porwano dla okupu. Na nieszczęście porwany rozpoznał jednego z porywaczy (okazał się nim kolega z pracy), więc porywacze poniechali okupu i zabili nieszczęśnika na miejscu, żeby nie mógł nikogo wydać. A to zdarzenia widziane na ulicy: w dobrym samochodzie na czerwonym świetle młody człowiek wietrzy łokieć. W kilka sekund ma już przystawiony do głowy pistolet i od zamaskowanego mężczyzny dostaje polecenie oddania wszystkich cennych rzeczy, które ma przy sobie. Oczywiście posłusznie wykonuje rozkazy i po oddaniu portfela i torby, światło zmienia się na zielone i może już odjechać ciesząc się, że żyje. Następnym razem będzie pamiętał, żeby zamykać okno.

Dzisiaj inny znajomy też z Wenezueli napisał  na fb, że go okradli. Zabrali mu torby, które miał przy sobie, portfel, telefon i klucze. Nie odbierają, gdy próbuje się dodzwonić na swój skradziony telefon. Takie rzeczy zdarzają się na codziennie.

A teraz garść statystyk.
Caracas to drugie lub trzecie najbardziej niebezpieczne miasto na świecie i zarazem najbardziej niebezpieczna stolica świata. Przypada tam 134 zabójstwa na każde 100 tysięcy mieszkańców.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w kraju, to tutaj statystyki się różnią ogromnie, w zależności, czy są to dane oficjalne podawane przez rząd (mocno zaniżone), czy też przez organizację do spraw przemocy w Wenezueli nie związaną z rządem, która wskazuje że współczynnik morderstw jest dwukrotnie większy od tego podawanego oficjalnie. W ciągu roku to daje około 25 tysięcy Wenezuelczyków zmarłych wskutek przemocy.


A tu jeszcze jedna statystyka ukazująca ilość osób zmarłych nagle, (nie z powodu choroby lub starości), w wyniku morderstwa, wojny lub katastrof naturalnych w porównaniu z krajami, gdzie rzeczywiście prowadzone są działania wojenne. Tylko Syria przebija pod tym względem Wenezuelę.



Rady dla szaleńców (odważnych)
Tak naprawdę to ja podziwiam zapaleńców, odważnych podróżników nie bojących się nikogo ani niczego, wchodzących w sam środek dżungli lub do najbiedniejszych dzielnic ogromnego miasta. Lecz w większości są to samotnicy, ludzie, których nic nie wiąże z żadnym miejscem lub z żadną osobą. Oni mogą ryzykować.

Jeśli jednak chciałbyś zwiedzić Wenezuelę i wrócić z niej żywy to warto zadbać o swoje bezpieczeństwo.

 Twoja cera cię zdradza. Od razu widać, że jesteś Europejczykiem lub Amerykaninem. Przyjechałeś z zagranicy, więc będziesz miał dolary. Jesteś świetną potencjalną ofiarą. Jeśli jeszcze wyglądasz na zagubionego, czy niepewnego, tym gorzej dla ciebie. Nie dokładaj do tego jeszcze obnoszenia się z bogactwem. Tym razem możesz zdjąć drogie zegarki, czy biżuterię.
Unikaj środków komunikacji masowej. Tłok, upał, zmęczenie. Idealna sceneria dla drobnych kieszonkowców.
Zwiedzaj najlepiej z jakimś znajomym tubylcem, który zna swoje miasto, oprowadzi cię, pokaże to, co warto zobaczyć, a przy okazji będzie miał na ciebie oko.
Nie wychodź sam na miasto, zwłaszcza po zmroku. Nie wchodź do podejrzanie wyglądających dzielnic. 
Bądź ostrożny i uważny. Beztroskie zwiedzanie - to nie tutaj.
Nie noś ze sobą wszystkich swoich pieniędzy. Pieniądze najlepiej nosić na specjalnych torebkach wieszanych na szyi i chowanych pod koszulką, a drobne monety w portfelu.

Oczywiście zabójstwa, napady kradzieże to nie jest reguła. Ale, jak to mówią: "przezorny zawsze ubezpieczony i "strzeżonego Pan Bóg strzeże"
 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Zagraniczne linie lotnicze zawieszają sprzedaż biletów w Wenezueli

Wenezuela to ciekawy kraj - słoneczny z ciepłym klimatem, pełen otwartych ludzi różnych narodowości i kultur, a zarazem - kraj kontrastów, przemocy, biedy przypominający nieco Polskę za czasów komunizmu.
Mam tam przyjaciela. Razem z nim i jego znajomymi rozmawiałam o ostatnich wydarzeniach w ich ojczyźnie.

American Airlines, United Airlines y Copa Airlines zawiesiły tymczasowo sprzedaż biletów i Wenezuela praktycznie została odizolowana od reszty świata. Dlaczego? Ze względu na milionowy dług państwa wobec wspomnianych linii. Jak podaje wenezuelski dziennik "EL MUNDO ECONOMÍA Y NEGOCIOS" jest to suma między 3.300 a 3.600 milionów dolarów. 




 Zanim zacznę tłumaczyć skąd się wziął dług, pasowałoby jeszcze napisać kilka słów na temat sytuacji ekonomicznej w Wenezueli. Tam płaci się bolivarami. Oczywiście nie za wszystko - żeby kupić mieszkanie (prawie niemożliwe) lub samochód (to się zdarza, ale wcale nie jest łatwo) trzeba już płacić dolarami zakupionymi na czarnym rynku. Różnica między oficjalną ceną dolara a ceną dolara na czarnym rynku jest ogromna. Do tego dochodzi inflacja.

Ze względu na przewidywaną dewaluację monety między sierpniem a październikiem ogromna liczba osób zarezerwowała sobie bilety na następny rok. No i firmy lotnicze straciły na tym fortuny, ponieważ jeśli po dewaluacji linie lotnicze będą chciały wymienić bolivary uzyskane ze sprzedaży biletów otrzymają za nie o wiele mniej dolarów niż otrzymałyby pół roku temu. I nie opłaca im się wcale za tę sumę przewozić pasażerów.

Niektórzy mówili, że rządowi może to być nawet na rękę, żeby z Wenezueli nie dało się wyjechać/uciec. No chyba, że na Kubę, z którą utrzymują dobre stosunki. 

Ale to raczej nieprawda, bo rząd postanowił prowadzić negocjacje z pokrzywdzonymi liniami i zaproponował im uregulowanie długu zwracając 50% kwoty w paliwie (które w Wenezueli jest tanie jak barszcz, ponoć za euro cały bak można napełnić - bardzo wygodne ze strony rządu), 25% w gotówce i 25% w bonach.

Przez jakiś czas z pewnością trudno będzie rezerwować bilety, bez względu na to, czy linie przyjmą propozycję rządu czy nie. Ale nie jest to niemożliwe, bo już po aferze narzeczonej mojego kolegi udało się zarezerwować bilet do któregoś z państw Europy.

Nawet i bez tego całego zamieszania niełatwo wyjechać Wenezuelczykowi za granicę. Musi przygotować teczkę po brzegi wypełnioną dokumentami, uzyskać pozwolenia, wizy, a nawet jeśli ma już kupiony bilet i nie spodoba się urzędnikom na lotnisku, mogą go z niego zawrócić. Chyba, że chce pojechać na Kubę. Tam może.

Ten post miałam napisać już kilka dni temu, ale czytałam interesującą książkę i nie mogłam się od niej oderwać aż do ostatniej strony. W najbliższym czasie planuję jeszcze opublikować notkę dotyczącą jednego z największych problemów Wenezueli - przemocy. (Chyba, że znowu znajdę jakąś książkę)