piątek, 6 stycznia 2017

Puente del diablo (okolice Tarragony)

Za oknem siarczysty mróz (-15 stopni, przynajmniej według prognozy pogody, bo termometr nam się zepsuł i nie mamy nowego), a mi zamiast nieprzyjemnego wiatru i wszędobylskiej bieli marzy się słońce, upał wakacje. Z rozrzewnieniem wspominam nasz sierpniowy wyjazd do Katalonii i zwiedzanie, między innymi Tarragony (o tym kiedy indziej) oraz oddalonego o 4 kilometry od miasta rzymskiego akweduktu.


Acueducto de les Ferreres zwany także Puente del Diablo (Most Diabła) został skonstruowany w I wieku przed naszą erą, żeby zaopatrywać Tarragonę w wodę z rzeki Francolí na odległość ok 25 kilometrów. Był używany aż do XVIII wieku! Obecnie jego długość to 217 metrów, przy 27 metrach wysokości.  Zbudowano go z kamiennych bloków bez użycia zaprawy murarskiej. Składa się z dwóch poziomów, z czego niższy ma 11 łuków, a wyższy 25.


Jak wiele z takich budowli zwanych Mostami Diabłów ( w samej Hiszpanii jest ich 7),  które wydawały się zbyt imponujące, potężne, dla ludności żyjącej dużo później niż ich konstruktorzy, żeby zostały stworzone ludzką ręką, także tutaj stworzono legendę, żeby wyjaśnić jego powstanie. Bohaterami owej legendy jest para staruszków, którzy codziennie przekraczali drewniany most nad rwącą rzeką, żeby się dostać do miasta, żeby sprzedawać swoje towary. Kiedy podczas potężnej ulewy most został porwany przez nurt, para znalazła się w niewesołej sytuacji. Na ratunek pospieszył im diabeł, który obiecał, że w jedną noc zbuduje im wytrzymały, kamienny most, a w zamian zadowoli się skromną nagrodą - pierwszą duszą, która po nim przejdzie. Para, przyciśnięta do muru, właściwie nie miała wyboru i zgodziła się na propozycję diabła. Następnego dnia, o poranku, ich oczom ukazał się wspaniały most i diabeł, już czekający na zapłatę. Jednak kobieta (jak zwykle kobiety w legendach są bardziej przebiegłe) postanowiła nie poddać się tak łatwo i zamiast wysyłać swojego męża :D, popędziła przez most osła. Biedny diabeł musiał się zadowolić tylko duszą zwierzęcia, ale umowa, to umowa, a most stoi po dziś dzień.


Kiedy tylko zobaczyliśmy go w którymś z przewodników po Katalonii, od razu umieściliśmy go na naszej liście miejsc, których nie możemy ominąć. I zdecydowanie był to jeden z najjaśniejszych punktów naszej wyprawy. Rzymski akwedukt, do którego można dojść ścieżkami parku ekohistorycznego, wypełnionego śpiewem ptaków i śródziemnomorską roślinnością, naprawdę robi wrażenie. Z dołu wąwozu Puente del Diablo prezentuje się wspaniale, ale widok z akweduktu na park, dno wąwozu i odległe górskie szczyty, oraz wiatr próbujący zerwać kapelusz z głowy, także zapiera dech w piersiach.







Z Tarragony najlepiej dojechać tam samochodem lub autobusem linii L5 i wysiąść na przystanku Pont del Diable. Uwaga! Autobus robi pętlę i zawraca w jakimś niewielkim miasteczku, więc żeby wrócić do Tarragony wsiadamy w tym samym miejscu, w którym wysiedliśmy. To szczególnie ważne, bo park położony jest przy autostradzie i nawet, jeśli komuś udałoby się przebiec między pędzącymi samochodami na drugą stronę, to i tak nie znajdzie tam przystanku. Bilet w jedną stronę kosztuje tylko 1,5 EUR. A żebyśmy wysiedli w dobrym miejscu zadbał nie tylko kierowca, ale i połowa pasażerów (w średnim wieku) uprzedziła nas, że już zbliżamy się do celu. Hiszpanie są bardzo mili, a wspomnienie rzymskiego akweduktu skąpanego w promieniach południowego, hiszpańskiego słońca, niezapomniane.

niedziela, 16 października 2016

Girona - pomijane miasto, które warto zobaczyć

Lecąc do Barcelony można wylądować na jednym z trzech portów lotniczych: Reus, El Prat (ten znajduje się najbliżej stolicy) lub Girona. Dla wielu osób Girona pozostaje jedynie nazwą lotniska. A szkoda, bo jego wspaniale zachowana, średniowieczna starówka ze sporych rozmiarów dzielnicą żydowską, z pewnością warta jest przynajmniej krótkiej wizyty.

 

Zresztą, transport busem z lotniska w Gironie do centrum Barcelony kosztuje więcej niż bus do Girony (ok. 4 EUR) i później podróż pociągiem z dworca w Gironie do którejś z barcelońskich stacji pociągowych.
My niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie tego uroczego miasteczka, a w dodatku musieliśmy to robić z bagażami i w niedzielę, kiedy wszystkie sklepy były nieczynne, a informacja turystyczna działała tylko do 14, a my zjawiliśmy  się pod jej drzwiami około godziny później, żeby ucałować klamkę.
Na szczęście Girona jest dość dobrze oznakowana, a jej położenie na wzgórzu, ułatwia orientację w terenie.



Jednym z najlepiej rozpoznawalnych symboli Girony są wiszące kolorowe domy nad rzeką Oñar (Onyar), na które najlepiej spoglądać z mostu Pont de Pedra. Co prawda, podczas naszej wizyty rzeka przypominała raczej ledwo wyraźny strumyczek, ale widok jak z pocztówek.



Wystarczy przekroczyć most, żeby dostać się do Barri Vell (starego miasta), którego wąskie uliczki, surowa architektura, doskonale zachowane mury obronne (ich początki sięgają czasów dominacji rzymskiej na Półwyspie Iberyjskim) i średniowieczne zabytki sprawiały, że czułam się jakbym znalazła się na planie historycznego filmu lub baśni fantasy. Taki scenograf nie musiałby się zbyt wiele napracować, ot usunąć kilka szyldów reklamowych i sceneria byłaby już gotowa. 








 


Imponująca katedra de Santa María, której budowa rozpoczęła się w XI wieku, posiada drugą nawę o największej rozpiętości na świecie, zaraz po bazylice św. Piotra w Rzymie. Zwiedzanie jest płatne - koszt biletu 7 EUR. Jedynie w niedzielę można wejść za darmo. 


A posiłek na jednym z niewielkich placów, w takiej scenerii:


musi smakować doskonale. I tak właśnie smakuje! ( I przyzwoite Menu del dia w samym centrum za 10 EUR można znaleźć).

Crema Catalana na deser

środa, 21 września 2016

Jak poruszać się po Barcelonie?

Poruszanie się po Barcelonie jest stosunkowo łatwe. Miasto jest dobrze skomunikowane. Dostępne środki transportu to: metro, autobusy, tramwaje, pociągi FCG lub Rodalidades i kolejki. Na szczęście, większość biletów pozwala na korzystanie z różnych środków transportu, czy zmienianie ich w trakcie podróży.

Panorama Barcelony z Montjuic

Najlepsze bilety dla turystów:


1 - przejazdowy. Najmniej opłacalny. Ma sens jedynie, kiedy nie masz w kieszeni zbyt wielu drobnych i na nic innego nie wystarczy, a tramwaj/metro właśnie nadjeżdża, czy drzwi autobusu już prawie się zamykają (bilety jednorazowe można kupić w autobusie u kierowcy. Nie trzeba mieć wyliczonej kwoty, kierowca wyda resztę. Podobno, tak nam mówili mili starsi panowie na przystanku, jest jakaś mała dopłata za kupienie biletu u kierowcy, ale nie wydawało nam się, żeby była jakakolwiek różnica w cenie, a jeśli nawet to 10-30 eurocentów)

T-dia (dzienny) - nielimitowana ilość przejazdów, ale - uwaga - nie jest to bilet 24-godzinny, tylko obowiązuje do końca dnia, w którym został zakupiony. A więc, kupienie takiego biletu o godzinie 22-giej będzie niezbyt mądrą decyzją. Cena: 8,40 EUR. Opłacalny, jeśli zamierzamy zmieniać środki transportu jak rękawiczki.

T-10 - najlepszy naszym zdaniem typ biletu. Bilet na 10 przejazdów. Co go wyróżnia? Może go używać więcej niż jedna osoba. Jak to działa? W kasownikach w tramwajach lub autobusach kasujemy kartę dwa razy, a jeśli chcemy podróżować metrem, to najpierw przechodzi przez bramkę jedna osoba, następnie podaje nad bramką kartę towarzyszowi podróży, żeby ten też mógł się odbić.  Cena: 9, 95
2 bilety dzienne dla 2 osób - prawie 17 EUR, na 2 dni byłoby to 34. Bilet T-10 używaliśmy we dwójkę przez 2 dni.

Oczywiście, oprócz tych biletów, istnieje wiele innych typów; miesięczne, trymestralne, dla młodzieży czy na 50 przejazdów, ale te skierowane są raczej do stałych mieszkańców niż turystów.

https://www.tmb.cat/es/barcelona/tarifas-metro-bus/abonos


Można zakupić także (choć nie w automacie na przystanku) bilety: Hola BCN! - skierowane już typowo do turystów. Jednak cenowo i tak najlepiej wychodzi T-10. No chyba, że zamierzasz się przesiadać co 5 minut.
Można je kupić online, o  tu:

https://www.tmb.cat/es/barcelona/tarifas-metro-bus/tarjeta-transporte-barcelona


Jak się przemieszczać?


Pieszo - zdecydowanie najtańszy środek transportu ;) Ale mimo tego, że Barcelona jest ogromna, można sporo przejść nawet nie odczuwając zmęczenia. Wszystko to dzięki szerokim, ocienionym, alejom,  gdzie co kilka metrów można się natknąć na interesujące pomniki, czy piękne fontanny, a do odpoczynku zachęcają czyste ławki. To także najlepszy sposób, żeby podczas przemieszczania się przyjrzeć się przepięknym, secesyjnym kamienicom, z których słynie Barcelona, nie wspominając już o słynnych budowlach Gaudiego czy dzielnicy gotyckiej lub licznym parkom.

Casa Batlló

Autobus lub tramwaj - poruszanie się tymi środkami transportu jest całkiem wygodne; duża ilość przystanków, podobne lub uzupełniające się linie i prędkość podróży pozwalająca na obejrzenie miasta lub obserwację pasażerów. Jednak w godzinach szczytu, czy okolicach centrum może być trudno o miejsce siedzące.

w funicularze

Metro - zdecydowanie najszybszy środek transportu. Polecany, jeśli chce się dotrzeć na czas do celu i nie zależy nam na obserwowaniu okolicy. Tym razem jeździliśmy także autobusami, tramwajami czy kolejką na szczyt Tibidabo. Ale kiedy wrócimy do Barcelony, będziemy pewnie korzystać głównie z metra, bo prawie wszędzie można znaleźć przystanki metra, a przejechanie z jednego końca miasta na drugi to kwestia kilku minut, co jest ważne, gdy się chce zobaczyć wszystko :) a przynajmniej, jak najwięcej. 

Ale człowiek się uczy dopiero na własnych błędach. Nie pojechaliśmy na mecz FC Barcelony metrem, tylko autobusem, który się wlókł niemiłosiernie...Więc podczas hymnów dopiero byliśmy w okolicy stadionu, a usiedliśmy na swoich miejscach dopiero po pierwszym gwizdku. Całe szczęście, że były blisko przejścia, bo inaczej kibice, by nas chyba wyrzucili przez barierki ;)

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Co nas zachwyciło w Katalonii

W tym roku wybraliśmy się w końcu na dłuższe (czytaj: tygodniowe), zagraniczne, wymarzone wakacje do Hiszpanii. Wybór padł na Barcelonę, z wycieczką do Tarragony i Girony. Zakochaliśmy się w tym kawałku Katalonii i żałowaliśmy, że nie mogliśmy zostać dłużej, żeby się wszystkim nacieszyć. Poniżej lista powodów, dla których warto się tam udać.

POGODA

Wybierając się latem do Hiszpanii, prawie zawsze, mamy gwarancję wysokich temperatur i słońca. Nad Morzem Śródziemnym, dodatkowo, możemy liczyć na ciepłą wodę. Nam przez cały pobyt towarzyszyły temperatury od 27-30 stopni, raz tylko zdarzyło się 33. A więc upalnie, ale nie aż tak, żeby zwiedzanie było męczące. W samo południe nie trzeba się było chować w cieniu.
Co to daje? Odpada problem, który się pojawia przy wyjazdach na inne kierunki, czy choćby nad polskie morze - jak spakować się, żeby nie brać ze sobą siedmiu walizek z ubraniami. Nie potrzebujemy peleryny przeciwdeszczowej, butów sportowych, długich spodni, czy bluzy z kapturem. Wystarczy kilka sukienek i sandały lub w przypadku mężczyzn: T-shirty i krótkie spodenki. Mieliśmy ze sobą tylko dwie walizki podręczne, ale, jeśli byśmy się uparli, moglibyśmy pojechać z jedną. 

 

 JEDZENIE

Och, jedzenie. Jeśli miałabym przez całe życie ograniczyć się tylko do jednej kuchni, całkiem prawdopodobne, że wybrałabym kuchnię hiszpańską. Niezwykła różnorodność potraw - wegetariańskich, mięsnych rybnych, czy przyrządzanych z dodatkiem owoców morza, do których używa się lokalnych, świeżych produktów sprawia, że zawsze znajdziesz coś dla siebie. Po za tym, większość restauracji ma w swojej ofercie "menu del dia", o którym już wspominałam nieraz na blogu, czyli wybór kilku dań w atrakcyjnej cenie. Zazwyczaj w jego skład wchodzi: 1 danie, 2 danie, deser, chleb i napój. Przy czym nie jest to, tak jak u nas np. "zupa dnia", tylko w przypadku każdego dania możesz wybierać z kilku opcji, a jeśli chodzi o picie, to często wybór ograniczony jest do wina lub wody, choć nie jest to regułą. W Barcelonie ceny takiego zestawu zaczynały się od 11 EUR. W mniejszych miastach lub w dzielnicach położonych dalej od centrum znajdziemy lokale z tańszymi menu.
Porcje są naprawdę spore i sam posiłek spożywa się w spokojnym tempie, z krótkimi przerwami między kolejnymi daniami, co pozwala na rozmowę, obserwację otoczenia i, przede wszystkim, relaks.


 

TEMPO ŻYCIA

Dużo wolniejsze niż u nas. Czy to w restauracji, czy w supermarkecie, czy na ulicach miasta ludzie nie spoglądają nerwowo na zegarki, nie wzdychają głośno, gdy muszą na coś poczekać. Cieszą się życiem, nie tracąc sił i nerwów na nierówną walkę z czasem. Codziennie przed południem można zobaczyć starszych panów lub panie, siedzących przy stolikach przed kawiarniami, popijających w spokoju kawę, prowadzących ze sobą pogawędki lub, po prostu, wygrzewających się na słońcu. Doszliśmy do wniosku, że musimy tu przyjechać na zawsze, jak przejdziemy na emeryturę (jeśli, oczywiście, coś w ogóle dostaniemy ;))

LUDZIE

Może właśnie dzięki temu powolnemu upływowi czasu, ludzie nie przejmują się niczym. Nie zastanawiają się na każdym kroku "a co ludzie sobie pomyślą?" Są wyluzowani i spontaniczni. 
Idziemy przez ulicę równoległą do Rambli. Jakiś zespół gra pod sklepową witryną kubańskie melodie i są w tym naprawdę niesamowici, a głos wokalisty - czysta magia. Właśnie śpiewa "El Carretero" z repertuaru Buena Vista Social Club i, po prostu, musimy się zatrzymać, żeby posłuchać. Wokół gromadzi się tłumek. Ciało aż rwie się do tańca. Ale widzę, że nie jestem w tym odosobniona. Kobieta po pięćdziesiątce przytupuje, kręcąc biodrami w rytm melodii, ma przymknięte oczy, wygląda jakby znajdowała się w innym świecie, na przykład na kubańskiej plaży. Starszy pan też rwie się do tańca i zaprasza po kolei panie, żeby z nim zatańczyły. To czy potrafią, czy nie - nie ma znaczenia. Liczy się dobra zabawa!
Katalończycy są także otwarci i bardzo pomocni. Kiedy zastanawialiśmy się jak gdzieś dotrzeć, często nawet nie musieliśmy nikogo pytać o drogę - ludzie sami podchodzili i oferowali swoją pomoc. Wdawali się w rozmowy z innymi osobami czekającymi na przystanku, żeby pokazać nam najlepszą trasę. W autobusie nie tylko kierowca pilnował, żebyśmy wysiedli w odpowiednim miejscu, ale jeszcze połowa pasażerów.

MUZEA

 Podczas zwiedzania muzeów, katedr, czy innych budynków dostępnych dla turystów nigdzie nie spotkaliśmy się z zakazem robienia zdjęć. Albo z dodatkową opłatą za taką możliwość. Wszędzie można wejść z aparatem. I robić tysiące zdjęć, jak japoński turysta.

CZYSTOŚĆ

To nas pozytywnie zaskoczyło. Ulice Barcelony, Tarragony, czy Girony były naprawdę zadbane. Plaże również nie pozostawiały wiele do życzenia.  Mimo tłumów turystów, spacerowiczów z psami, wycieczek rodzin z dziećmi, po chodnikach nie walały się papierki, a droga nie przypominała zaminowanego pola, jak to nieraz zdarza się w polskich miastach. Budynków nie zasłaniały kolorowe banery, a graffiti nie szpeciło ich ścian. No i morze z wodą tak przejrzystą, że można było obserwować pływające ryby albo szukać muszelek na dnie.

WĄSKIE ULICZKI I SZEROKIE ALEJE

 Zakochaliśmy się w każdym z miast, które odwiedziliśmy. Wszędzie urzekały nas wąskie, tajemnicze uliczki, które wyglądały jak żywcem wyjęte z powieści o tematyce średniowiecznej lub fantasy. Na kolorowe fasady domów lub secesyjne zdobienia kamienic mogliśmy patrzeć godzinami. A z drugiej strony - wspaniałe, szerokie, brukowane aleje, ocienione wysokimi drzewami. I co kilka kroków jakaś fontanna, lub ciekawy pomnik, ławki, na których można odpocząć. U nas te aleje zostałyby na pewno przerobione na szerokopasmową jezdnię.  Po Barcelonie spacerowało nam się tak dobrze, że jednego dnia przeszliśmy ok. 10 km. i nie było to wcale męczące. 

.

piątek, 20 marca 2015

Gdzie w sieci uczyć się hiszpańskiego

albo gdzie sobie poćwiczyć słownictwo, pisanie czy słuchanie. Garść linków, które, mam nadzieję, że się komuś przydadzą. (A i mi się przyda zrobić porządek w zakładkach)


Dla dzieci:



http://cancionesinfantilesonline.blogspot.com/   piosenki dla dzieci w wieku do mniej więcej 8-9 lat ze słowami i zróżnicowanymi teledyskami

http://www.aasd.k12.wi.us/staff/boldtkatherine/SpanishforKids.htm#Feelings&Emotions proste gry na początek przygody z hiszpańskim, nastawione na słownictwo.

https://espanolparainmigrantes.wordpress.com/category/juegos/ prawdziwa kopalnia pomysłów na lekcje, gier i zabaw nie tylko dla dzieci. Jest w czym przebierać, a na stronie głównej znajdziemy jeszcze piosenki, informacje kulturalne, ćwiczenia gramatyczne, odnośniki do innych ciekawych stron, materiały, fragmenty książek. Bardzo mi się przydaje.

http://dilealsol.es/1OCA/oca1024.swf sympatyczna planszówka online.Mamy do wyboru około dwudziestu zagadnień, m. in. słownictwo, czasowniki, gramatykę, synonimy i antonimy. Dzieci ją uwielbiają. Ma tylko jedną wadę - czasami nie wyświetlają się obrazki.

http://www.bbc.co.uk/schools/primarylanguages/spanish/ słownictwo dla najmłodszych z wyrażeniami i grami tematycznymi. Bardzo fajnie zrobiona strona, wygląda przyjaźnie, ale dzieciom nie znającym języka angielskiego trzeba będzie pomagać.



Dla starszych:



Gramatyka i słownictwo:

 http://www.aprenderespanol.org/bardzo popularna strona z setkami ćwiczeń z odpowiedziami przeznaczonymi dla osób na różnych poziomach zaawansowania, dotyczącymi zarówno gramatyki, jak i słownictwa. Niektóre są interaktywne, przypominające gry, inne bardziej złożone i gotowe do wydruku., dodatkowo mamy czytanki, słuchanki i piosenki. Można tam także znaleźć teorię w przynajmniej dwóch językach - angielskim i francuskim.

http://educarete.byethost12.com/ - słownictwo i gramatyka przypisane do konkretnych działów tematycznych. Sensownie i prosto wyjaśniane, tyle że po hiszpańsku ;) Do tego ćwiczenia sprawdzające.

http://www.proyectosalonhogar.com/ - słownictwo, miejscami bardzo szczegółowe, czytanki, ciekawostki, kawały.

http://hiszpanski.crib.pl/ - polska strona z dość dobrze i obszernie wytłumaczoną gramatyką na poziomie podstawowym plus trochę słownictwa i kultury. Maniera pisania autora może być miejscami irytująca, ale można się przyzwyczaić.

http://www.curso.pl/index.php?p=1_20_gramatyka-hiszpa-ska - jak wyżej. Trochę gramatyki, przydatnych zwrotów i słówek.

http://conjugador.reverso.net/conjugacion-espanol.html - conjugador de verbos. Bardzo przydatna strona, kiedy nie jesteśmy pewni jak odmienia się jakiś czasownik. Wystarczy, że wpiszemy bezokolicznik, a conjugador odmieni nam go we wszystkich czasach.

http://www.ver-taal.com/ - na tej stronie znajdziemy różne ćwiczenia ze słownictwa, zabawy, ćwiczenia gramatyczne, ale przede wszystkim wspaniałe filmiki, słuchanki, reportaże, na których możemy uczyć się słuchania ze zrozumieniem. Oprócz tego trailery hiszpańskich filmów z dialogami do uzupełnienia, piosenki, ogłoszenia. Przez długi czas się nie znudzi.

http://www.notesinspanish.com/ - słuchanki przeznaczone dla różnych poziomów zaawansowania.

http://www.rtve.es/ - dla zaawansowanych. Portal, na którym znajdziemy wiadomości, programy telewizyjne i reportaże radiowe.

duolingo - tę stronę już chwaliłam. Znając jeden język możemy uczyć się od podstaw jakiegoś innego. Co prawda lepiej znać agielski, bo z angielskim można się uczyć właśnie hiszpańskiego, ale także niemieckiego, portugalskiego, włoskiego, francuskiego, rosyjskiego, irlandzkiego (mój od dawna wymarzony), a w przygotowaniu np. japoński (mój następny typ). Język polski pozwoli nam jedynie na naukę angielskiego. Duolingo przypomina grę, bo zdobywa się levele i punkty za przerobione lekcje. Ćwiczenia polegają głównie na powtarzaniu. Piszemy ze słuchu, uzupełniamy, odmieniamy słówka, jeśli mamy dobry mikrofon możemy nawet wymawiać i program ocenia, czy zrobiliśmy to poprawnie. Wciąga! Jest także aplikacja na telefon.

http://www.cervantes.es/polska/nauka_hiszpanskiego_pl.htm - dla tych, którzy potrzebują jakiegoś dokumentu potwierdzającego znajomość języka. Egzaminy DELE przeprowadzane są w dwóch miastach Polski: Krakowie i Warszawie. Na tej stronie znajdziemy odnośniki do strony warszawskiego Cervantesa i krakowskiego, a także do hiszpańskiego Instytutu Cervatesa, w którym poprawiane są egzaminy z całego świata. Na każdej z tych stron znajdziemy przykładowe egzaminy (również interaktywne) oraz linki do zapisów. Inaczej niż przy egzaminach z języka angielskiego, dostęp do starszych egzaminów jest bardzo utrudniony, materiałów i książek do przygotowania się do egzaminu prawie nie uświadczysz, zwłaszcza, że sama forma egzaminu lekko się zmieniła, bodajże w ubiegłym roku, więc trzeba radzić sobie samemu. Jeśli się mieszka w Warszawie lub Krakowie, można zapisać się na kurs przygotowujący do egzaminu w instytutach Cervantesa.

http://www.rae.es/ - Real Academia Española, czyli  Hiszpańska Akademia Królewska, to instytucja odpowiedzialna za regulowanie i rozpowszechnianie języka hiszpańskiego. Na ich stronie znajdziemy słownik (oczywiście hiszpańsko-hiszpański), który zawiera bardzo obszerne tłumaczenia słów, wraz ze złożeniami i wyrażeniami oraz zwrotami z języka potocznego.

wiosna idzie, ale powoli

piątek, 27 lutego 2015

Pollo al chilindrón - sposób na delikatnego kurczaka o słodkim posmaku

Na dziś przepis łatwy i przyjemny, który można przygotować w stosunkowo krótkim czasie (nie licząc czasu krojenia. Jakby był weekend to zatrudniłabym do tego męża, bo on kroi na takie równe i ładne kawałki, a ja byleby było szybko i dałoby się pogryźć, a wygląd to dla mnie sprawa drugorzędna.)
\
El chilindrón to rodzaj sosu, którego bazą są pomidory, czerwone papryki i czosnek. W tej salsie można dusić różnego rodzaju mięsa: kurczaka, królika, czy jagnięcinę.



Składniki:

Kawałki kurczaka z kością (jakieś 700/800m g) ja użyłam piersi, ale mięso z kością daje więcej smaku.
1 cebula
Kilka ząbków czosnku
2 papryki czerwone
2 papryki żółte lub zielone
6 pomidorów użyłam 3 pomidorów rzymskich i 1 puszki krojonych pomidorów, ze względu na to, że te zimowe pomidory nie są takie słodkie.  
Szklanka białego wina wybrałam greckie półsłodkie 
Oliwa z oliwek extra virgin
Sól
Pieprz

Ewentualnie można dodać szynkę serrano albo jakąś podobną do niej.



Wykonanie:

Najlepiej wszystkie składniki pokroić sobie wcześniej. To znacznie przyspiesza proces produkcji.

Warzywa kroimy w kostkę, a kurczaka na małe kawałki. Chyba, że chcemy sobie zrobić piersi z kurczaka
w sosie chilindrón, to wtedy tylko lekko je rozbijamy. 


Wlewamy oliwę na patelnię i, kiedy będzie gorąca, zaczynamy smażyć na niej kurczaka. Robimy to na dużym lub średnim ogniu. Jak tylko kurczak nabierze złotego koloru, wyjmujemy go z patelni i odkładamy do jakiegoś naczynia.



Na tej samej oliwie (możemy dolać jej jeszcze trochę, jeśli jest taka potrzeba) smażymy czosnek, cebulę i paprykę tak, żeby się zeszkliły i zmiękły. Trwa to niecałe 10 minut.


Dodajemy kurczaka, pomidory, wino i przyprawy.


Dusimy na wolnym ogniu przez co najmniej 20 minut. Szczerze powiedziawszy, kiedy spróbowałam dania po 5 minutach duszenia, zaczęłam się zastanawiać, czym to będę musiała doprawić, bo było bardzo mdłe. Jednak po odczekaniu przepisowego czasu, okazało się, że smaki poszczególnych składników doskonale się ze sobą wymieszały i tworzą smakowitą (i cudownie pachnącą!) całość. 


Teraz już można nakładać na talerze. Pollo al chilindrón podaje się z ryżem, ziemniakami, frytkami, chlebem. U nas padło na ryż, bo stosunkowo krótko się go przyrządza i daje ładny kontrast. Danie ozdabiamy ziołami.


Z pewnością pollo al chilindrón będzie się pojawiał w naszym menu, bo zdecydowanie przypadł nam do gustu. A jeśli miałabym nieco więcej czasu to podałabym go pewnie z jakimiś podpłomykami.

piątek, 23 stycznia 2015

Coca - przepis. (To nie jest to, o czym myślicie)

Coca to popularne danie z Katalonii, przygotowuje się je także w Walencji, Balearach, a także Andorze. Jednak ciężko stworzyć jakąś definicję, gdyż istnieje tyle różnych wariacji. Mogą być na słodko lub słono, na bardziej kruchym lub puchatym spodzie, przekrawane na pół i nadziewane lub przypominać podpłomyki, mogą zawierać w swoim składzie piwo albo oliwę, mąkę kukurydzianą albo pszenną, drożdże suche lub świeże. Różnią się także sposobem wykonania. Co je łączy? Chyba to, że powstają z masy. Można by je po polsku nazwać po prostu "ciastem", ale to zbyt ogólne. 
Skojarzeń z pizzą nie da się uniknąć, jakieś pokrewieństwo między nimi musi istnieć, bo i region Morza Śródziemnego i przenikanie się kultur, a także obecność Rzymian na Półwyspie Iberyjskim, sprawiają, że podobieństwa między kuchniami śródziemnomorskimi są dość wyraźne. Cocas są na pewno lżejsze od pizzy, bo nie mają w swoim składzie sera.
Na słoną wersję nakłada się zazwyczaj warzywa sezonowe: bakłażan, paprykę, karczoch, cebula, szpinak, pomidory, oliwki (co kto lubi), ryby, najczęściej tuńczyk i sardynki albo mięso.

Żeby zobaczyć różnorodność cocas podaję linki.
Słone: coca salada
Słodkie:  coca dulce (jak widać nawet Roscón de Reyes podpina się pod ten termin)

A to mój pomocnik. Wyczuł, że będzie tuńczyk.

Ta, którą wybrałam do wykonania, zaskoczyła mnie sposobem przygotowania i możliwościami, jakie stwarza. Niestety ze względu na ograniczenia czasowe (dzień roboczy) musiałam, np. ograniczyć czas przechowywania w lodówce, bo musiałabym udać się na zajęcia o suchym pysku. Tak, to przepis może nie pracochłonny i nawet nie czasochłonny (mam na myśli ilość minut spędzonych w kuchni), ale na pewno rozciągnięty w czasie. Przepis pochodzi z bloga http://persucar-hipa.blogspot.com i podam proporcje na ciasto właśnie z niego, bo ja robiłam z większych i jak zawsze na oko.

Przepis na coca z tuńczykiem i salami

Składniki:
Na ciasto:
500 g mąki
280 g wody
25g oliwy z oliwek
10g soli
10 dg drożdży

Dodatki:
1cebula
1 papryka czerwona
1 papryka żółta
1 opakowanie tuńczyka w sosie własnym
salami
pół słoiczka suszonych pomidorów
natka pietruszki do posypania (u mnie mrożona)
oliwa z oliwek do smarowania 

Wykonanie:

Robotem kuchennym lub mikserem miksujemy dobrze mąkę z wodą. Otrzymaną masę przykrytą wilgotną ściereczką umieszczamy w suchym miejscu na około 1 godzinę.





Po tym czasie dodajemy do masy oliwę, sól i drożdże i znowu miksujemy aż do uzyskania jednolitej masy, którą umieszczamy w posmarowanym oliwą naczyniu i wkładamy do lodówki na ile chcemy. Można nawet przygotować sobie masę dzień wcześniej i wstawić na całą noc do lodówki.

Kiedy już dojdziemy do wniosku, że ciasto dość się należało w lodówce, wyciągamy i czekamy około godziny. W tym czasie możemy przygotować dodatki. Warzywa kroimy w kostkę lub paski, cebulę najlepiej w piórka, siekamy pietruszkę, tuńczyka rozdrabniamy.


Najważniejszy etap: wstępna obróbka termiczna

Ustawiamy piekarnik na 250 stopni Celsjusza. Dzielimy ciasto na 6 części i z każdej z nich formujemy kulkę, a później cienko je rozwałkowujemy w kształt łódki albo prostokąta, albo kółka.




Na blachę wykładamy papier do pieczenia i na nim układamy nasze cienko rozwałkowane placki. Nakłuwamy je widelcem i smarujemy oliwą.


Wsadzamy do piekarnika na 2 minuty. Wyjmujemy, obracamy na drugą stronę (to całkiem łatwe - nie kruszy się ani nie rozciąga) i ją też smarujemy oliwą. Wkładamy z powrotem do piekarnika, tym razem na 3 minuty.
Ten proces sprawia, że ciasto po tym podpieczeniu będzie kruche i dodatki nie sprawią, że namoknie. W ten sposób przygotowane placki możemy mrozić!

Po wyjęciu z piekarnika jeszcze raz smarujemy ciasto oliwą i nakładamy na nie dodatki.



Zmniejszamy temperaturę panującą w piekarniku do 200 stopni i wkładamy na około 15/20 minut (aż się zarumieni). Wyjmujemy i jemy, jeśli mamy na tyle czasu;) Stąd też średnia jakość końcowych zdjęć, bo naprawdę wolałam zdążyć zjeść niż zrobić ładne ujęcie cocas. Wersja druga jest dla mojego męża, który jadł późnym wieczorem, więc tym razem światło było słabe. W każdym razie smakowało świetnie! Kruche delikatne ciasto, o lekko słodkawym posmaku, mimo że w składnikach wcale nie było cukru, wysmakowane, mimo, że jedyną przyprawą była sól. Jak dla mnie - groźna konkurentka pizzy.